Poza „palcami” – jak mi się wydaje – w
pianistyce nie istnieje żaden inny temat, który by mógł wzbudzać równie
intensywne drżenia i emocje. W opiniach niektórych ortodoksów, w gruncie
rzeczy, poza rozwijaniem sprawności PALCÓW wszystko inne jest jakby zupełnie
nieważne dla przyszłego wirtuoza.
Ja się pytam: a, dlaczegóż to niby miałoby tak
być naprawdę…?
Człowiek jest całością, w której o
sprawności działania wszystkich jego elementów i systemów decyduje zawsze jedno
i to samo CENTRUM DYSPOZYCYJNE. Jego doskonalenie jednak tradycyjnie jest poza
polem widzenia naszych Drogich Ortodoksów, dla których rozwój techniki jakby
się zatrzymał na etapie dźwigni (ewentualnie) dwustronnej, kołowrotu i
postronka – co wystarczało wprawdzie do wybudowania piramid, ale z drugiej
strony nie zapewniło przetrwania cywilizacji Majów i Azteków; a i Egiptowi się wcale
nie najlepiej powodzi – i to od wielu już lat. Do wszystkiego, co robimy,
niezbędna jest wiedza – i – mało tego: rzetelna wiedza dotycząca szczególnie
tych aspektów życia, które rzeczywiście decydują o tym, co najważniejsze dla
jego jakości.
O czymże więc decydują palce w pianistyce?
Ano, chyba tylko o tym, czy decyzje podejmowane przez nasze Centrum Dowodzenia,
dotyczące charakterystyki wydobywanego brzmienia fortepianu, mogą, czy nie mogą
być fizycznie wcielone w życie. Można to porównać, choć tylko mocno „z grubsza”
do tego, czy koń będzie w stanie uciągnąć jakikolwiek wóz…? Choć może i to za wiele
powiedziane…
Zastanówmy się też, czy to PALCE właśnie mają
możliwość i prawo podejmowania jakichkolwiek decyzji dotyczących artystycznej
wartości i estetycznego znaczenia bodaj jednego dźwięku?
Przecież NIE, po tysiąckroć – nie!
No, a co decyduje o artystycznej wartości
każdej produkcji muzycznej, każdej kompozycji i każdego jej wykonania?
…? Nic
tu nie napiszę, bo każda i każdy z nas, muzyczek i muzyków, powinien w
cichości ducha, sam i na swój własny osobisty użytek odpowiedzieć sobie na to
pytanie. Nawet, zapisać taką odpowiedź by móc powtórnie i po dziesięciokrotnie
wrócić do tego pytania – o ile ma ambicję stania się profesjonalistą, dla
którego choć oczywiście INWENCJA, INSPIRACJA i WOLNOŚĆ TWÓRCZA stanowią
najważniejszą podstawę działania, to i cała reszta nie jest błądzeniem w
ciemnym lesie bez latarki i kompasu, a wręcz przeciwnie: jest pełnią jasności i
świadomości tego, co i jak powinno zostać użyte w pracy, aby jej rezultaty nie stawały się przykrymi
niespodziankami zarówno dla nas samych, jak dla słuchającej nas
publiczności...!
Ze względu na niedostępność rejonów, w których
Człowiek podejmuje wszystkie, także życiowo najważniejsze decyzje – w tym,
dotyczące realizacji wszelkich zamierzeń twórczych: od tak prostych, jak co zrobić dzisiaj na obiad, do planu
autostrady, projektu pałacu dla Cesarza, czy konstrukcji poematu dygresyjnego
lub kodeksu postępowania karnego – nasza uwaga automatycznie koncentruje się na
rzeczach ewidentnie prostszych, bardziej oczywistych, że tak powiem:
postrzegalnych przysłowiowym gołym okiem. Małpa z bajki Aleksandra Fredry nie
dostrzega kurka i zamiast odciąć dopływ wrzątku we właściwy sposób – próbuje uniknąć
poparzenia blokując kran palcem; skutki znamy… Nie popełniajmy podobnych błędów
i – odczuwając niedostatek siły w palcach, co się nam wydaje przyczyną
niedostatków brzmienia, nie szukajmy rozwiązania w gimnastyce, czy wręcz jakimś
palec-building…, bo skutki takich
ćwiczeń będą bardzo bolesne fizycznie, a muzycznie – wręcz odrażające. Uzyskamy
niewątpliwie więcej siły fizycznej, ale nic nam to nie poprawi artystycznej
jakości naszego grania, którego braki zawsze najpierw biorą się nie z braku
fizycznej sprawności aparatu ruchowego, ale ze ślamazarności i małej wyrazistości
podejmowanych w umyśle decyzji nakazujących aparatowi ruchowemu (w jego
składzie: także palcom) realizację określonego typu zadań.
Pomyślmy o sporcie: znakomity biegacz ma
doskonale wytrenowane nogi i świetną koordynację ruchową, która mu umożliwia
błyskawiczny start, dobre rozłożenie sił na cały dystans i błyskotliwy finisz. Skoczek
wzwyż ma też świetnie wytrenowane mięśnie, podobnie jak skoczek w dal oraz
trójskoczek oraz pływak czy triatlonista. Świetnie biegają także piłkarze
nożni, ręczni i koszykarze, skaczą siatkarze i płotkarze, a fizyczna kondycja
gimnastyków i akrobatów pewnie nie ma sobie równych. A jednak… A jednak każdy z
tych sportowców zajmuje się tylko jedną, tą swoją własną dyscypliną i nie
zdarza się (będę wdzięczny za korektę), żeby na poziomie ekstraklasy nagle
koszykarz przeszedł do drużyny szczypiorniaka, a tenisista zaczął grać w
ping-ponga i nadal był na podobnie wysokim poziomie, jak poprzednio.
Podejrzewam, że dlatego nie ma takich zmian
specjalizacji, bo nie o mięśnie tu tylko chodzi, a o (zresztą) ściśle z nimi
związane określone nawyki myślowe, na tyle różne w każdej dyscyplinie, że
uniemożliwiające osiągnięcie na innym
polu równie wielkich osiągnięć, jak te, które osiągaliśmy pracując „z głową” w
poprzedniej sytuacji. Na odpowiednim poziomie światowej klasy zawodnicy są
otaczani opieką znakomitych psychologów i psychoterapeutów i odpowiednio formowane
są ich umysły i przekonania. Natomiast w naszej dyscyplinie…?
Wiemy to z literatury przedmiotu, że wielcy
nauczyciele Przeszłości, ponieważ rzeczywiście byli Mistrzami, intuicyjnie dochodzili
do wybitnych rezultatów umiejętnie angażując wszystkie możliwe siły poddanych ich
metodzie pracy wybitnych uczniów. Paderewski, którego geniusz nadal czeka na
autentyczne odkrycie i analizę, zaraz po pierwszych lekcjach u Leszetyckiego zapisał
(podaję z pamięci): Leszetycki odkrył
przede mną zupełnie nowe światy muzyczne… Metodę Leszetyckiego znamy głównie
z (moim zdaniem) dość karykaturalnej względem oryginału książki Malwiny Brée
(1861-1937); sądzę tak, bo jeśli Paderewski na pierwszym miejscu jednak stawia
nie jakieś fizyczne ćwiczenia, ale – podobnie, jak o pedagogice Godowskiego
pisze Neuhaus – podkreśla najważniejszą dla niego kwestię rozumienia charakteru
studiowanej muzyki, to rzucające się w oczy zdecydowanie drugorzędne elementy „Metody
Leszetyckiego” w opisie M. Brée
tworzą raczej błędny obraz sytuacji, czego skutkiem jest utrwalanie poglądu,
zgodnie z którym to PALCE i ich sprawność tworzą
Pianistę, a nie Pianista buduje swą biegłość
instrumentalną przez rozwijanie motorycznej umiejętności swego aparatu
ruchowego podczas wypracowywania artystycznie sensownych ruchów służącym
realizowaniu faktycznie wyrazistego planu interpretacji w procesie ćwiczenia i
gry.
W mojej filozofii
wykonawstwa muzycznego za najważniejsze zadanie uważam odkrywanie, projektowanie
i nadawanie znaczeń poszczególnym dźwiękom w taki sposób, żeby ich następstwa
stawały się dla słuchaczy ciągami ewokującymi artystycznie wartościowe
skojarzenia i emocje. Niejako z definicji Muzykę,
której odbiór nie pozostawia w naszej psychice żadnych poważniejszych śladów,
musimy uznać za zjawisko bezwartościowe. Czy warto na nie tracić czas?
Aktualnie czytany przez Ciebie tekst jest
odpowiedzią na dwa pytania postawione niedawno przez pewnego bardzo utalentowanego
młodego polskiego Pianistę: jedno z nich dotyczy znanej kwestii używania w grze
tzw. samych palców, zaś drugie dotyczy sprawy znaczeń – czy dlatego słabo pamiętamy produkcje muzyczne, że chudo w nich było
ze znaczeniami brzmień…?
Aby pełniej zrozumieć cały problem,
spróbujmy przypomnieć sobie ludzi, z którymi kontakt – nawet relatywnie dawno
temu – wywarł na nas wielkie wrażenie, wręcz spowodował znaczące zmiany w
naszym życiu…! I porównajmy wrażenia z tych kontaktów z wrażeniami wyniesionymi
z kontaktów z dziesiątkami i setkami innych ludzi, takich ludzi, którzy nie
wywarli żadnego wpływu na nasze życie, których w zasadzie w ogóle nie pamiętamy: dlaczego o jednych nie
jesteśmy w stanie zapomnieć, a o innych nawet nie wiemy, czyśmy ich faktycznie
kiedykolwiek widzieli…?
Identycznie jest w sztuce, także – w sztuce
interpretacji muzycznej i nie chodzi tu w ogóle o to, czy uda się nam
zrealizować wszystkie i wszelkie tzw. „uwagi kompozytora”: chodzi o to, czy
naszym wykonaniom potrafimy nadać wystarczająco osobiste, wyraziste i czytelne
a zarazem estetycznie akceptowalne dla innych cechy, z całym pietyzmem starając się realizować to, o co – jak podejrzewamy –
mogło w danym utworze „chodzić” jego twórcy. Musimy więc ogromnie wiele wiedzieć
o historii muzyki, ale też literatury, sztuki w ogóle oraz obyczaju w różnych
wiekach i kulturach – oraz – posiąść dar
syntezy, czyli umiejętność „kompresji”
tego wszystkiego nawet w pojedynczych brzmieniach, nadawania im wewnętrznego
ruchu i nasycania stosownej temperatury emocją.
A palce…?
Co z palcami? Bardziej konkretnie
próbuję o nich pisać np. w tym tekście
– ale teraz, ponieważ od pewnego czasu szczególnie zachwycam się pianistyką
Grigorija Sokołowa, chcę zwrócić Waszą uwagę na to piękne nagranie, które chcę
szczególnie mocno polecić Osobom, które chciałyby usprawnić swoją technikę gry:
https://www.youtube.com/watch?v=mLmbZJAjeoI
Otóż na samym początku (ok. 16 – 18 – 20 –
22 sekunda nagrania) Sokołow gra proste gamy w prawą ręką – w prawo, czyli „do
góry”. Trudno o lepszy przykład idealnej współpracy wszystkich elementów ręki
dla uzyskania niezwykle czystego, pełnego, świetlistego i zarazem śpiewnego
brzmienia. Proszę koniecznie posłuchać dokładnie tego fragmentu i przyjrzeć się
sposobowi artykulacji – rozebrać ten fragment na „czynniki pierwsze” i przeanalizować
to, co i jak czyni Mistrz oraz po wielekroć spróbować na byle gamie spróbować
zrobić podobnie: żeby było dźwięcznie i równo, a jednocześnie nie pusto, nie „treningowo”
i jałowo. Można zdobyte tu doświadczenia próbować przenosić na dowolne fragmenty
figuracyjne gdziekolwiek by nie były, w dowolnej literaturze, oczywiście,
odpowiednio modyfikując charakter brzmienia. Ale chodzi także o bardzo
specyficzny sposób użycia CAŁEJ RĘKI… Jej sprężystości i elastyczności.
Powiedzmy najszczerzej jak tylko potrafimy:
człowiek powinien chcieć być Mistrzem i jak go taka myśl ogarnie – dojdzie niewątpliwie
daleko dalej niż by bez takiej motywacji mógł dojść.
A więc: POWODZENIA!
Wola Kopcowa, 26.8.2017

