sobota, 26 sierpnia 2017

Twoje „nowe” palce…

Poza „palcami” – jak mi się wydaje – w pianistyce nie istnieje żaden inny temat, który by mógł wzbudzać równie intensywne drżenia i emocje. W opiniach niektórych ortodoksów, w gruncie rzeczy, poza rozwijaniem sprawności PALCÓW wszystko inne jest jakby zupełnie nieważne dla przyszłego wirtuoza.

Ja się pytam: a, dlaczegóż to niby miałoby tak być naprawdę…?

Człowiek jest całością, w której o sprawności działania wszystkich jego elementów i systemów decyduje zawsze jedno i to samo CENTRUM DYSPOZYCYJNE. Jego doskonalenie jednak tradycyjnie jest poza polem widzenia naszych Drogich Ortodoksów, dla których rozwój techniki jakby się zatrzymał na etapie dźwigni (ewentualnie) dwustronnej, kołowrotu i postronka – co wystarczało wprawdzie do wybudowania piramid, ale z drugiej strony nie zapewniło przetrwania cywilizacji Majów i Azteków; a i Egiptowi się wcale nie najlepiej powodzi – i to od wielu już lat. Do wszystkiego, co robimy, niezbędna jest wiedza – i – mało tego: rzetelna wiedza dotycząca szczególnie tych aspektów życia, które rzeczywiście decydują o tym, co najważniejsze dla jego jakości.

                                                                     


O czymże więc decydują palce w pianistyce? Ano, chyba tylko o tym, czy decyzje podejmowane przez nasze Centrum Dowodzenia, dotyczące charakterystyki wydobywanego brzmienia fortepianu, mogą, czy nie mogą być fizycznie wcielone w życie. Można to porównać, choć tylko mocno „z grubsza” do tego, czy koń będzie w stanie uciągnąć jakikolwiek wóz…? Choć może i to za wiele powiedziane…

Zastanówmy się też, czy to PALCE właśnie mają możliwość i prawo podejmowania jakichkolwiek decyzji dotyczących artystycznej wartości i estetycznego znaczenia bodaj jednego dźwięku?

Przecież NIE, po tysiąckroć – nie!

No, a co decyduje o artystycznej wartości każdej produkcji muzycznej, każdej kompozycji i każdego jej wykonania?

…? Nic  tu nie napiszę, bo każda i każdy z nas, muzyczek i muzyków, powinien w cichości ducha, sam i na swój własny osobisty użytek odpowiedzieć sobie na to pytanie. Nawet, zapisać taką odpowiedź by móc powtórnie i po dziesięciokrotnie wrócić do tego pytania – o ile ma ambicję stania się profesjonalistą, dla którego choć oczywiście INWENCJA, INSPIRACJA i WOLNOŚĆ TWÓRCZA stanowią najważniejszą podstawę działania, to i cała reszta nie jest błądzeniem w ciemnym lesie bez latarki i kompasu, a wręcz przeciwnie: jest pełnią jasności i świadomości tego, co i jak powinno zostać użyte w pracy,  aby jej rezultaty nie stawały się przykrymi niespodziankami zarówno dla nas samych, jak dla słuchającej nas publiczności...!

Ze względu na niedostępność rejonów, w których Człowiek podejmuje wszystkie, także życiowo najważniejsze decyzje – w tym, dotyczące realizacji wszelkich zamierzeń twórczych: od tak prostych, jak co zrobić dzisiaj na obiad, do planu autostrady, projektu pałacu dla Cesarza, czy konstrukcji poematu dygresyjnego lub kodeksu postępowania karnego – nasza uwaga automatycznie koncentruje się na rzeczach ewidentnie prostszych, bardziej oczywistych, że tak powiem: postrzegalnych przysłowiowym gołym okiem. Małpa z bajki Aleksandra Fredry nie dostrzega kurka i zamiast odciąć dopływ wrzątku we właściwy sposób – próbuje uniknąć poparzenia blokując kran palcem; skutki znamy… Nie popełniajmy podobnych błędów i – odczuwając niedostatek siły w palcach, co się nam wydaje przyczyną niedostatków brzmienia, nie szukajmy rozwiązania w gimnastyce, czy wręcz jakimś palec-building…, bo skutki takich ćwiczeń będą bardzo bolesne fizycznie, a muzycznie – wręcz odrażające. Uzyskamy niewątpliwie więcej siły fizycznej, ale nic nam to nie poprawi artystycznej jakości naszego grania, którego braki zawsze najpierw biorą się nie z braku fizycznej sprawności aparatu ruchowego, ale ze ślamazarności i małej wyrazistości podejmowanych w umyśle decyzji nakazujących aparatowi ruchowemu (w jego składzie: także palcom) realizację określonego typu zadań.

Pomyślmy o sporcie: znakomity biegacz ma doskonale wytrenowane nogi i świetną koordynację ruchową, która mu umożliwia błyskawiczny start, dobre rozłożenie sił na cały dystans i błyskotliwy finisz. Skoczek wzwyż ma też świetnie wytrenowane mięśnie, podobnie jak skoczek w dal oraz trójskoczek oraz pływak czy triatlonista. Świetnie biegają także piłkarze nożni, ręczni i koszykarze, skaczą siatkarze i płotkarze, a fizyczna kondycja gimnastyków i akrobatów pewnie nie ma sobie równych. A jednak… A jednak każdy z tych sportowców zajmuje się tylko jedną, tą swoją własną dyscypliną i nie zdarza się (będę wdzięczny za korektę), żeby na poziomie ekstraklasy nagle koszykarz przeszedł do drużyny szczypiorniaka, a tenisista zaczął grać w ping-ponga i nadal był na podobnie wysokim poziomie, jak poprzednio.

Podejrzewam, że dlatego nie ma takich zmian specjalizacji, bo nie o mięśnie tu tylko chodzi, a o (zresztą) ściśle z nimi związane określone nawyki myślowe, na tyle różne w każdej dyscyplinie, że uniemożliwiające osiągnięcie na  innym polu równie wielkich osiągnięć, jak te, które osiągaliśmy pracując „z głową” w poprzedniej sytuacji. Na odpowiednim poziomie światowej klasy zawodnicy są otaczani opieką znakomitych psychologów i psychoterapeutów i odpowiednio formowane są ich umysły i przekonania. Natomiast w naszej dyscyplinie…?

Wiemy to z literatury przedmiotu, że wielcy nauczyciele Przeszłości, ponieważ rzeczywiście byli Mistrzami, intuicyjnie dochodzili do wybitnych rezultatów umiejętnie angażując wszystkie możliwe siły poddanych ich metodzie pracy wybitnych uczniów. Paderewski, którego geniusz nadal czeka na autentyczne odkrycie i analizę, zaraz po pierwszych lekcjach u Leszetyckiego zapisał (podaję z pamięci): Leszetycki odkrył przede mną zupełnie nowe światy muzyczne… Metodę Leszetyckiego znamy głównie z (moim zdaniem) dość karykaturalnej względem oryginału książki Malwiny Brée (1861-1937); sądzę tak, bo jeśli Paderewski na pierwszym miejscu jednak stawia nie jakieś fizyczne ćwiczenia, ale – podobnie, jak o pedagogice Godowskiego pisze Neuhaus – podkreśla najważniejszą dla niego kwestię rozumienia charakteru studiowanej muzyki, to rzucające się w oczy zdecydowanie drugorzędne elementy „Metody Leszetyckiego” w opisie M. Brée tworzą raczej błędny obraz sytuacji, czego skutkiem jest utrwalanie poglądu, zgodnie z którym to  PALCE  i ich sprawność tworzą Pianistę, a nie Pianista buduje swą biegłość instrumentalną przez rozwijanie motorycznej umiejętności swego aparatu ruchowego podczas wypracowywania artystycznie sensownych ruchów służącym realizowaniu faktycznie wyrazistego planu interpretacji w procesie ćwiczenia i gry.

W mojej  filozofii wykonawstwa muzycznego za najważniejsze zadanie uważam odkrywanie, projektowanie i nadawanie znaczeń poszczególnym dźwiękom w taki sposób, żeby ich następstwa stawały się dla słuchaczy ciągami ewokującymi artystycznie wartościowe skojarzenia i emocje. Niejako z definicji Muzykę, której odbiór nie pozostawia w naszej psychice żadnych poważniejszych śladów, musimy uznać za zjawisko bezwartościowe. Czy warto na nie tracić czas?

Aktualnie czytany przez Ciebie tekst jest odpowiedzią na dwa pytania postawione niedawno przez pewnego bardzo utalentowanego młodego polskiego Pianistę: jedno z nich dotyczy znanej kwestii używania w grze tzw. samych palców, zaś drugie dotyczy sprawy znaczeń – czy dlatego słabo  pamiętamy produkcje muzyczne, że chudo w nich było ze znaczeniami brzmień…?

Aby pełniej zrozumieć cały problem, spróbujmy przypomnieć sobie ludzi, z którymi kontakt – nawet relatywnie dawno temu – wywarł na nas wielkie wrażenie, wręcz spowodował znaczące zmiany w naszym życiu…! I porównajmy wrażenia z tych kontaktów z wrażeniami wyniesionymi z kontaktów z dziesiątkami i setkami innych ludzi, takich ludzi, którzy nie wywarli żadnego wpływu na nasze życie, których w zasadzie w ogóle  nie pamiętamy: dlaczego o jednych nie jesteśmy w stanie zapomnieć, a o innych nawet nie wiemy, czyśmy ich faktycznie kiedykolwiek widzieli…?

Identycznie jest w sztuce, także – w sztuce interpretacji muzycznej i nie chodzi tu w ogóle o to, czy uda się nam zrealizować wszystkie i wszelkie tzw. „uwagi kompozytora”: chodzi o to, czy naszym wykonaniom potrafimy nadać wystarczająco osobiste, wyraziste i czytelne a zarazem estetycznie akceptowalne dla innych cechy, z całym pietyzmem starając  się realizować to, o co – jak podejrzewamy – mogło w danym utworze „chodzić” jego twórcy. Musimy więc ogromnie wiele wiedzieć o historii muzyki, ale też literatury, sztuki w ogóle oraz obyczaju w różnych wiekach i kulturach – oraz – posiąść dar syntezy, czyli  umiejętność „kompresji” tego wszystkiego nawet w pojedynczych brzmieniach, nadawania im wewnętrznego ruchu i nasycania stosownej temperatury emocją.

                                                                           


A palce…? Co z palcami? Bardziej konkretnie próbuję o nich pisać np. w tym tekście – ale teraz, ponieważ od pewnego czasu szczególnie zachwycam się pianistyką Grigorija Sokołowa, chcę zwrócić Waszą uwagę na to piękne nagranie, które chcę szczególnie mocno polecić Osobom, które chciałyby usprawnić swoją technikę gry: https://www.youtube.com/watch?v=mLmbZJAjeoI

Otóż na samym początku (ok. 16 – 18 – 20 – 22 sekunda nagrania) Sokołow gra proste gamy w prawą ręką – w prawo, czyli „do góry”. Trudno o lepszy przykład idealnej współpracy wszystkich elementów ręki dla uzyskania niezwykle czystego, pełnego, świetlistego i zarazem śpiewnego brzmienia. Proszę koniecznie posłuchać dokładnie tego fragmentu i przyjrzeć się sposobowi artykulacji – rozebrać ten fragment na „czynniki pierwsze” i przeanalizować to, co i jak czyni Mistrz oraz po wielekroć spróbować na byle gamie spróbować zrobić podobnie: żeby było dźwięcznie i równo, a jednocześnie nie pusto, nie „treningowo” i jałowo. Można zdobyte tu doświadczenia próbować przenosić na dowolne fragmenty figuracyjne gdziekolwiek by nie były, w dowolnej literaturze, oczywiście, odpowiednio modyfikując charakter brzmienia. Ale chodzi także o bardzo specyficzny sposób użycia CAŁEJ RĘKI… Jej sprężystości i elastyczności.

Powiedzmy najszczerzej jak tylko potrafimy: człowiek powinien chcieć być Mistrzem i jak go taka myśl ogarnie – dojdzie niewątpliwie daleko dalej niż by bez takiej motywacji mógł dojść.

A więc: POWODZENIA!



Wola Kopcowa, 26.8.2017