czwartek, 26 grudnia 2019
Czas JEST w ruchu; poza RUCHEM nie ma CZASU...
Ten tekst musi powstać bardzo szybko - bo jest reakcją na pewne "akurat odkryte", uświadomione sobie przeze mnie problemy. Nie sądzę, by to zadanie okazało się poza zasięgiem moich możliwości...!
Ostatecznie, od wystarczająco już długiego czasu tłumaczę te lub niemal identyczne problemy dziesiątkom jeśli nie setkom osób mniej lub bardziej zawodowo zajmujących się wykonawstwem muzycznym, oczywiście, głównie w sferze pianistyki; oczywiście – bo fortepian jest dla mnie podstawowym narzędziem pracy. Ale i dla wszystkich instrumentalistów i śpiewaków powinno tu znaleźć się wiele interesujących szczegółów. Wszystkim nam przecież, gdy mówimy o muzyce, gdy się nią zajmujemy – powinno chodzić o jedno: o to, by to – co tworzymy – było piękne, poruszało wyobraźnię słuchaczy i powodowało powstawanie maksymalnie silnych wzruszeń i innych pozytywnych emocji.
Pewnik 1.
Słyszymy DŹWIĘKI, niektóre z nich zostają przez nasze wewnętrzne systemy przetworzone w MUZYKĘ.
Dźwięki posiadają pewne wyraziste cechy; powinniśmy wiedzieć – jakie…? Są to -
1. Wysokość
2. Czas trwania
3. Głośność (dynamika)
4. Barwa
5. Znaczenie
6. Wewnętrzna ruchomość
Pewnik 2.
Kompozytorzy z absolutną dokładnością mogą (są w stanie) oznaczyć jedynie WYSOKOŚĆ konkretnych dźwięków. Czas trwania może być oznaczony tylko jako proporcja tej wartości w poszczególnych sytuacjach do wcześniej ustalonych norm: coś jest 2, 2 i pół, 3 lub 1/8 lub ½ lub 4 (możemy tu wstawić dowolną liczbę) razy krótsze lub dłuższe od przyjętej w danym przypadku za WZORZEC MIARY jakiejś wartości podstawowej. Mówimy o pulsacji ósemek czy ćwierćnut czy jakiejkolwiek innej miary. Częstotliwość tej pulsacji wyznacza każdy sam dla siebie – każdy określa więc tempo wykonania sam. Każdy uwzględnia takie przesłanki, na jakie go stać: na ile ma pojęcie o stylu, estetyce i innych możliwych kryteriach, a wśród innych – na ile rozumie wskazówki udzielone w oznaczeniach danych (jeśli w ogóle danych) przez kompozytora, na tyle je stosuje… Jeśli takiej wiedzy nie ma – musi iść na oślep. Skutki – jak zawsze – mogą być różne.
Dynamika może być określona też tylko względnie; podobnie, a nawet jeszcze mniej wyraźnie – barwa, bardzo ogólnikowo – barwowo emocjonalne znaczenie każdego dźwięku, motywu, frazy, pewnych większych całości, wreszcie – całych utworów. Najwięcej kłopotu sprawia cecha wewnętrznej ruchomości dźwięku – przez tradycyjną rosyjską metodykę nauczania specjalności wykonawczych od czasu Borysa Asafiewa (1884-1949; internet z jakichś powodów ewidentnie ukrywa dane biograficzne tego uczonego i kompozytora) określana jako wewnętrzna intonacja muzyki. W trosce o zachowanie klasycznej czystości znaczeniowej tego tekstu wolę się posługiwać pojęciem wewnętrznej ruchomości dźwięku zamiast muzycznej intonacji. Gdy mówimy o wewnętrznej ruchomości dźwięku NIKT nie może mieć żadnych wątpliwości – chodzi o każdy bez wyjątku dźwięk. Czemu tak?
Bo chodzi o to, że tylko dźwięk wewnętrznie ruchomy jest żywy/zdrowy – każdy natomiast nieruchomy, jest martwy lub co najmniej „ciężko chory” – skoro JUŻ nieruchomy…! U Asafiewa mielibyśmy inną opozycję: intonowany – żywy vs nieintonowany – martwy. Chodzi o to samo w gruncie rzeczy.
Pewnik 3.
Bez aktywnego udziału wyobraźni i woli grającego, wszystko co wychodzi spod jego palców może być wyłącznie nijakie, pozbawione wyrazu, emocjonalnie neutralne, płaskie – choćby przez jakieś Jury tzw. Muzycznie Głuchych lub Skorumpowanych było sklasyfikowane jako bezbłędne i mistrzowskie. Analiza punktacji wielu konkursów wykonawczych dowodzi, że w niektórych przypadkach punktacja rzędu 1 lub 2 pkt przy średniej pozostałych ocen na poziomie 21 lub 23 pkt może być oceniona wyłącznie w kategoriach obecności jakiegoś schorzenia. Oczywiście – historia zna nie tylko TAKIE CUDA…, ale powstrzymajmy się od dalszych wniosków. I tak wszyscy wiemy o co chodzi.
\
Pewnik 4.
Ze względu na istnienie REZONANSU EMOCJONALNEGO słuchacz nie jest w stanie wzbudzić w sobie żadnej emocji – O ILE – jego wyobraźnia nie została pobudzona przez jakieś bodźce pochodzące ze świata zewnętrznego… Posłuchajmy sami:
- Jeden https://www.youtube.com/watch?v=tWSEYvKRTgc
- Drugi https://www.youtube.com/watch?v=eiWITFZ6efM
Lub - - -
Jeden https://www.youtube.com/watch?v=K8XW2JW_xu8&list=RDK8XW2JW_xu8&index=1
Drugi https://www.youtube.com/watch?v=Qa1XGafEGk0
Powiedzmy bardzo jasno: słuchacz reaguje tylko na te i takie bodźce, których dostarcza mu każde konkretne nowe i inne od innych wykonanie (a z szuflady nie da się wyjąć czegoś, czego w niej zwyczajnie przedtem nie było. Jak to mówią, …”z próżnego i Salomon nie naleje, z piasku bicza nie ukręci.”)
Pewnik 5.
Wszystko wydaje się jasne i zrozumiałe dopóki nie zbliżymy się do wartości podstawowej, warunkującej ŻYCIE MUZYKI - zarówno w nas, Muzykach – jaki i w wyobraźni Osób nas słuchających.
Psychomechanizm sprawy jest klasycznie jasny i nie wymaga żadnych uzupełnień: emocjonalna PUSTKA nawet wyposażona w słuch absolutny i wszelkie instrumentalne SKILLS może Światu zaproponować jedynie ZERO WRAŻEŃ ARTYSTYCZNYCH. Zero refleksji – i tyle. I uzyskać za to ZERO handlowych zysków.
Świat potrzebuje i żąda atrakcji w sztuce i przez Sztukę…! Dlatego Artysta Muzyk startujący na światowej scenie MUSI MIEĆ DO PRZEDSTAWIENIA TAM najwyższej klasy produkt, którego podstawą musi być gotowy do aktywacji plik typu „an initialization file”, który spowoduje, że ewokowane przezeń kody zostaną odebrane i przyjęte jako coś zrozumiałego samo przez się i – generalnie – zaakceptowane. Reszta potoczy się bezproblemowo. Najważniejszy „sekret” tu, to to, że raz zaczęta EMISJA PLIKU nie może ni stąd ni z owąd być przerwana przed jej zakończeniem…
Pewnik 6.
Mało twórczy człowiek nie jest sobie w stanie wyobrazić, jak wiele i jak prostymi środkami jednak MOŻNA zrobić, zrealizować, wykonać. DLATEGO TU JESTEŚMY – bo naszym marzeniem jest jednak spróbować przemienić Obraz Tego Świata na odrobinkę inny…
Czy będzie lepszy…? To zależy od nas Wielu. Na pewno nie od nas wszystkich…
sobota, 9 listopada 2019
Humanizm jako dyrektywa Metody Chopina - nierozwiązywalne jest rozwiązywalne.
Publikowany tu artykuł powstał przed kilku laty jako próba odpowiedzi na pewne drobne i mniej drobne zarzuty Pana Profesora Mieczysława Tomaszewskiego - niestety - wyrażone tylko w prywatnej rozmowie ze mną w jednej z najpiękniejszych secesyjnych kawiarni w Bratysławie przy okazji naszego spotkania podczas wspólnego tam świętowania 200 Rocznicy Urodzin Fryderyka Chopina. Profesor, mianowicie, sądził, że nie mam prawa sugerować, że Chopinowi, który np w znanych jego "Szkicach do Metody gry fortepianowej" całkiem wyraźnie pisał o co Mu chodzi, chodziło właśnie o to - co, powiedzmy, taki "ja" rozumiem z tego tekstu... Tymczasem "taki ja" posiada wręcz nieskończoną liczbę dowodów praktycznego znaczenia i metodycznej wagi swoich chopinowsko-pedagogicznych odkryć... W każdym razie, gorąco zachęcam do kontynuowania lektury tego niezbyt długiego tekstu! Welcome!
Tzw.
Metoda Chopina jest bez wątpienia czymś niezwykłym nie tylko w polskiej, ale
i w światowej pianistyce i pedagogice fortepianowej. Dlatego sądzę, że w
pierwszym rzędzie właśnie my, polscy pianiści i pedagodzy fortepianu
powinniśmy czuć się moralnie zobowiązani do podejmowania prób rozwiązywania
enigmy pedagogiki Chopina, czyli również – rozpoznawania praktycznych
możliwości proponowanych przez to istne cudo. Ponieważ Metoda Chopina jako
tekst istnieje tylko w formie szkicowej, to – podobnie, jak musimy
interpretować zapis nutowy dowolnego utworu, który każda i każdy z nas odczytuje w sobie tylko właściwy
sposób, również owe „możliwości i perspektywy”
sygnalizowane przez Chopina w szkicach do metody muszą być przez nas
dopracowywane w naszym indywidualnym trudzie. Niestety, zainteresowanie
chopinowskimi szkicami także w Polsce nie wygląda o wiele lepiej niż na
szerokim świecie: choć bowiem wielu z nas słyszało, że Metoda Chopina
istniała, to jednak powszechnie jest ona nadal słabo znana mimo wielu
publikacji, jakie wyszły spod pióra szwajcarskiego muzykologa Jean-Jacques Eigeldingera (ur. 1940), dziś – emerytowanego profesora uniwersytetu w Genewie. Głównie,
choć nie tylko dzięki jego naukowym wysiłkom wiemy dziś o pedagogice Chopina
o wiele więcej niż choćby jeszcze przed dwudziestu laty, gdy świadomość
problemu Metody Chopina była w Europie daleko bardziej powierzchowna. Wypada
w tym miejscu wspomnieć, że prof. Eigeldinger aktualnie, razem z dwoma
angielskimi specjalistami – profesorem Johnem Rink
z uniwersytetu w Cambridge i Jimem Samson, byłym
wykładowcą w Royal Holloway College na uniwersytecie londyńskim,
przygotowuje nowe krytyczne i kompletne wydanie dzieł wszystkich Chopina; z
pewnością niezwykle ciekawe będzie porównanie tej nowej edycji z naszym
wydaniem narodowym, zrealizowanym pod redakcją prof. Jana Ekiera.
Mimo
całego szacunku dla naukowego i popularyzatorskiego wysiłku „teorii”
zwracałem już wielokrotnie uwagę na brak możliwości uzyskiwania znaczących
rezultatów w badaniach pedagogiczno-instrumentalnych prowadzonych przez
muzykologów, teoretyków czy historyków muzyki. Naukowcy działający w tych
dyscyplinach choćby z tego banalnego powodu, że na ogół nie są równocześnie
pianistami, nie są w stanie dostrzec, zrozumieć i opisać rzeczy najbardziej
istotnych dla naszej specjalności, którą się zawodowo nigdy nie zajmowali i
brakuje im poważniejszego praktycznego doświadczenia na tym polu. Muzykologom
czy historykom wprawdzie może się wydawać, że gdy odkryją, iż Chopin zalecał
– przykładowo – „trzymać” łokcie lub przeguby wyżej albo niżej, to problem
jest już wystarczająco głęboko zrozumiany, ujęty i wyjaśniony. My przecież
wiemy, że wcale tak nie jest. Szczególnie pikantne wydaje mi się to, że choć
chopinolodzy sami potrafią wysnuwać rozmaite, nawet bardzo dyskusyjne
hipotezy dotyczące np. stosowania przez Chopina „idiomów stylistycznych”
(Tomaszewski), to odmawiają oni – po dwakroć bardziej grzeszni w tym
względzie – nam, pedagogom, prawa do wysnuwania naszych metodycznych
hipotez roboczych, które w dodatku tym różnią się od ich domysłów, że my te
nasze hipotezy możemy łatwo weryfikować w praktyce, a gdyby okazały się
pedagogicznie nieskuteczne, czyli błędne – możemy odrzucić je i nie zajmować
nimi dłużej. Oni takiej szansy nie mają i choć jeden badacz może drugiemu
zarzucić to czy tamto, to jest to tylko walka jednego poglądu z innym
poglądem, przeciwstawianie jednego „szklanego paciorka” innemu i w ten sposób owa siatka domysłów tylko się
rozrasta, tworząc na tyle szczelny parawan hipotez, że ewentualność dotarcia do prawdy już tylko
systematycznie maleje. Nie da się przecież udowodnić, że Chopin faktycznie
stosował jakiekolwiek „idiomy stylistyczne” lub, że ich nie stosował, a już
na pewno nie da się stwierdzić, że łączył je w takie pary, jak semplice i brillante, rubato i maestoso, czy romansowość i balladowość etc, etc. – jak
to sobie pięknie i poetycznie wyobraża wspomniany przed chwilą Profesor w
eseju „Fenomen i paradoks muzyki Chopina” (Mieczysław Tomaszewski, w
SLOVENSKA HUDBA, nr 2/2010, Bratysława, s. 124 - 131).
Nawiązuję
tu do reprymendy (szkoda, że tylko ustnej i wyłącznie poza protokołem)
udzielonej mi właśnie przez prof. Tomaszewskiego po prezentacji mego tekstu
(„Studia nad Metodą Chopina: rola tzw. obrazu muzycznego w
formowaniu techniki pianistycznej – XI aspektów problemu”) na konferencji w
Akademii Muzycznej (VŠMU) w
Bratysławie na Słowacji, w kwietniu, w roku chopinowskiego jubileuszu 2010
roku. W tekście tym pozwoliłem sobie przedstawić kilka wniosków, które
najwyraźniej nie pasowały do, w mojej opinii, chyba jednak dość ułomnej wizji
chopinowskiego stylu pracy z uczniem posiadanej przez prof. Tomaszewskiego.
Oto
najważniejsze z tych wniosków:
1. Dla Chopina muzyka była emanacją ludzkiego
ducha, zmaterializowaną w dźwiękach artystycznie na tyle uporządkowanych, by
zawarty w nich komunikat mógł być czytelny dla słuchaczy; bez ich istnienia
dzieło byłoby li tylko absurdalnym listem do nikogo. Chopin przecież napisał: a) [muzyka
to] myśl wyrażona poprzez dźwięki. b) dźwięk oderwany [niczego
nie wyrażający] nie czyni muzyki, tak jak słowo [niczego nie
wyrażające] nie czyni języka.
2. Zapis nutowy sam w sobie nie
zawiera jakichkolwiek treści. Wykonawca na podstawie posiadanej wiedzy o
epoce oraz znajomości i wyczucia stylu kompozytora sam musi wykreować,
wymyślić wszystko, co dotyczy artystycznego obrazu, podtekstów tego dzieła,
jego „psychologii” i zaplanować wszelkie szczegóły wykonania decydujące o
wyrazowym, emocjonalnym charakterze interpretowanej muzyki. Wilhelm von Lenz
(1809-1889) cytuje Chopina: „Ja wskazuję [...]; słuchacz sam musi wykończyć
obraz.” (J-J. Eigeldinger, Chopin w oczach swoich uczniów, MI Kraków
2000, s. 339). Problem dotyczy zarówno dziecka interpretującego Etiudkę
Gnesiny czy haydnowskiego Menueta, jak dojrzałego pianisty
poszukującego właściwego intelektualno-emocjonalnego tła, które nadałoby sens
jego odczytaniu Sonaty Szymanowskiego. Już dziecko więc powinno być informowane,
że faktyczny „ideowo-emocjonalny kod utworu” jest nie tyle głęboko ukryty
pod powierzchnią, na której widzimy wydrukowane nuty oraz inne znaki, rzekomo
będące oczywistą wykładnią intencji kompozytora – co istnieje wyłącznie i jedynie jako
fundament pewnego bytu intencjonalnego, dla którego sami, my – wykonawcy –
musimy w naszym umyśle wykreować jakąś oryginalną, niepowtarzalną i piękną
formę dźwiękową. Co oczywiste, uczniowi, zwłaszcza – gdy jest jeszcze
dzieckiem, ta informacja powinna być podawana „na raty” i w takiej formie, by nie było kłopotu
z jej przyswojeniem...
3. Wszystko, czym
i kim człowiek jest, co i jak potrafi stworzyć w dowolnej dziedzinie – zależy
w pierwszym rzędzie od tego, jak on odczuwa i postrzega otaczający go Świat
oraz siebie samego w nim oraz zwłaszcza: jak i o czym myśli, co go w świecie
interesuje, na podstawie jakiej hierarchii wartości ocenia zjawiska i rzeczy.
Dotyczy to również naszej własnej samooceny i odnosi się tak do osób wybitnie
utalentowanych, jak wybitnie małozdolnych w dowolnej dziedzinie sztuki,
nauki, rzemiosła czy sportu, słowem: zawsze i do wszystkich.
4. Konsekwentnie,
to – jak i co myślimy o samym dźwięku i jego kształtowaniu, jak pojmujemy
rytm, dynamikę, barwę i przede wszystkim czas muzyczny – ma decydujący
wpływ na sposób podejścia także do tego, co w muzycznej działalności dotyczy
naszego ciała, a szczególnie – co w technice instrumentalnej decyduje o jakości funkcjonowania tak bardzo istotnych jego elementów, jak palce i
ręce. Profesjonalnie ułomne myślenie będzie owocować instrumentalnie
nieefektywną, ciężką i oporną techniką. Natomiast myślenie, które będzie
uwzględniało linearną naturę muzyki, będzie pomagało w takim organizowaniu
pracy palców i rąk, by zamiast walczyć z wiatrakami sławetnych oporów
klawiatury – pianista mógł świadomie korzystać ze wszystkich możliwości,
jakie klawiatura mu oferuje. „Opory”, w mojej opinii, zostały odkryte, a raczej stworzone jako podstawowy
problem instrumentalny przez pianistów nieumiejętnie używających klawiatury
naszego wspaniałego instrumentu. Powtórzmy tę niezwykle ważną kwestię: tylko
myślenie, które uwzględnia linearną i zarazem „wewnętrznie ruchomą” naturę
muzyki, umożliwia takie zorganizowanie pracy palców i rąk, że wszelkie opory
klawiatury znikają jak zły sen. U Chopina w żadnym miejscu nie ma mowy o
jakichkolwiek, z żadnymi oporami klawiatury związanych, trudnościach gry;
takie lub choćby zbliżone do takiego pojęcie w ogóle nie pojawia się też w
licznych opublikowanych tekstach byłych uczniów Chopina. Nie podlega
dyskusji, że gdyby owe sławetne „opory klawiatury” istniały jako problem dla
niego czy dla jego uczniów, informacja o tym bolesnym dla wielu kłopocie
bezwzględnie musiałaby pojawić się tu czy tam. A więc: myślenie „linią” i
„ruchem”, a nie „punktem” i „o statyczności”. Gdy taka transformacja się uda
– wówczas spokojnie popłyniemy
z prądem rzeki Czasu... Domyśla się tego prof. Eigeldinger pisząc w
przypisach do Szkiców do Metody..., s. 42, „Umiejętność grania
długich dźwięków" implikuje zresztą – poprzez trwanie – sposób wydobycia
dźwięku z instrumentu o naturze perkusyjnej: inne podejście do
artykulacji. Szkoda, ale i
nie dziwota, że nie rozwija tego wątku: jako nie-pianista skądże by jednak
miał wiedzieć, w czym sedno i istota całej tej sprawy? Fortepian przecież zdecydowanie nie jest
„instrumentem o naturze perkusyjnej”; on tylko często bywa quasi-perkusyjnie
używany przez pianistów nieumiejętnych, nieświadomych jego faktycznie
ogromnych, muzycznie zupełnie cudownych możliwości w zakresie kształtowania
wielkich, pełnych życia linii, łuków i fraz. A zresztą, przy okazji może warto powiedzieć, że sposób formowania dźwięku na wielu instrumentach perkusyjnych przez faktycznie utalentowanych perkusistów jest dramatycznie daleki od potocznych wyobrażeń na ten temat rozpowszechnianych przez Osoby nie mające żadnych merytorycznych podstaw do wygłaszania jakichkolwiek opinii na ten temat...
5. Niewidzialne zawsze steruje Widzialnym...
– i to doskonale wyjaśnia, dlaczego odwrócone od muzyczności myślenie o
technice pianistycznej jest myśleniem błędnym, instrumentalnie nieskutecznym.
Jak powiedział Josif Lewin (Joseph Lhevinne, 1874-1944): „student,
który aspiruje do posiadania pięknego dźwięku, musi mieć dokładne
wyobrażenie, jak ten piękny dźwięk ma w nadrobniejszych szczegółach
wyglądać!” W konsekwencji, gdy twórcze ucho potrafi coś muzycznie
wyrazistego zaprojektować, to wie, czego ma się od podległych mu palców
domagać i jeśli nawet nie sprostają one od razu każdemu zadaniu, to
przynajmniej będą musiały się tym KONKRETNYM ZADANIEM porządnie zająć, a to
już oznacza rozwój i postęp. Mówiąc o „zadaniu” mam na myśli to, że wydobycie
każdego pojedyńczego dźwięku wymaga podjęcia pewnej specyficznej DECYZJI, a
jak poucza psychologia: „Każda decyzja jest umiejscowiona w kontekście,
który składa się z nieskończonej ilości wymiarów.” (zob.: link) – dzisiajsza wiedza psychologiczna w pełni uzasadnia znany pogląd
Neuhausa, zgodnie z którym sprawność instrumentalna jak najbardziej
bezpośrednio zależy od sprawności, czyli – szybkości i precyzji myślenia,
ergo – szybkości i precyzji podejmowania artystycznie i instrumentalnie
trafnych decyzji.
6. Najważniejszym technologicznie elementem całej sprawy jest – moim
zdaniem – dostrzeżenie roli oraz umiejętne wykorzystanie czasu muzycznego w ćwiczeniu i grze. Nie chodzi o to, że
powinniśmy Czas rozważać jako kategorię filozoficzną, natomiast
powinniśmy umieć „wygenerować”, a w każdym razie „unaocznić” i wydatnie
wzmocnić odczucie jego pulsującej energią obecności wewnątrz każdego brzmienia; to jest
warunek sine qua non zdobycia i zachowania płynności w wydobywaniu
dźwięków na fortepianie. Dopóki nie nauczymy się odczuwać ruchomości,
płynności muzycznej energii
wewnątrz wydobywanych
dźwięków i fraz, dopóty nasze legato nie zacznie śpiewać, a staccato pozostanie tylko sumą artystycznie
pustych, rozsypanych, „oderwanych” dźwięków, niezintegrowanych przez świadome rzeczy działanie
twórczej myśli. Chopin napisał, że trzeba „umieć grać dźwięki długie i krótkie”
(por. J-J. Eigeldinger, Chopin; Szkice do metody..., s. 42) i nie
sądzę, by odpowiadała Mu precyzja godna nawet najsprawniejszego robota! Jemu,
wielbicielowi bel canto, tak pełnego ciepła i życia bel canto...! Rozumienie, czy nawet podświadome, a raczej
nie-świadome wyobrażanie sobie muzyki granej na fortepianie jako zbioru
punktów, w które trzeba „uderzać” lub, które należy „odpowiednio i umiejętnie” przygniatać do dna klawiatury,
w pełni uzasadniałoby tezę o „perkusyjności” fortepianu, absolutnie
niemożliwą do zaakceptowania przez chopinowską metodę. Fundament całej tu
rady widzę w stałym kreowaniu i pielęgnowaniu linearności wizji zawsze ruchomego Czasu Muzycznego.
7. Praktyczne
znaczenie odczucia przepływu energii wewnątrz każdego, także staccatissimo wydobytego
dźwięku jest ogromne: naprawdę bezkolizyjnie można łączyć tylko ruchome z
ruchomym; tym samym jest to rozwiązanie problemu tak ukochanej przez
Chopina idealnej gry legato na fortepianie, którego mechanizm ze
względu na młotki i konieczność ich uderzania w struny, fizycznie
jakby (raczej – jakoby...?) utrudnia lub nawet uniemożliwia realizację bel
canto na naszym instrumencie. Okazuje się, że to tylko iluzja, bo
odpowiednio potraktowany fortepian może śpiewać nie gorzej niż wiolonczela,
skrzypce czy głos ludzki. Jednak nie chodzi tu o jakieś wytężone „wiązanie
dźwięków palcami” zalecane niegdyś przez Malwinę Brée, a o wewnętrznie żywą
intonację dźwięków, dzięki której słuchacz będzie mógł odbierać taką grę jak
prawdziwe fortepianowe bel canto. Prof. Milsztejn kładzie nacisk (Sovety
Chopina pianistam, Moskwa 1960, s. 42) na typowe dla Chopina upodobanie w
łączeniu legato i leggiero;
spotykamy leggiero e legatissimo, a nawet leggierissimo e
legatissimo. Ruch, będący nieodłącznym atrybutem życia, także w muzyce
nie powinien być interpretowany jako zjawisko drugoplanowe, powstające w
wyniku przemieszczania się wewnętrznie nieruchomych elementów z jednego miejsca na drugie; ruch energii wewnątrz
każdego dźwięku powinien być w centrum uwagi zarówno stawiającego pierwsze
kroki adepta pianistyki, jak zaawansowanego pianisty-profesjonalisty.
Ciekawe, że teoria intonacji muzycznej Igora Glebowa (Borysa Asafiewa), która
stanowi jedną z najważniejszych teoretycznych podstaw rosyjskiego sukcesu w
pedagogice instrumentalnej,
głosi dokładnie to samo – tyle, że wyraża to nieco innymi słowami;
obecnie te poglądy są rozwijane i twórczo kontynuowane m.in. przez prof. Walentynę Chołopową w jej niezwykle interesującej książce
"Music as the Art", wydanej w St. Petersburgu w roku 2000.
8. Sumując
wszystko dotychczas powiedziane: od pierwszego momentu, w którym dziecko
podchodzi do fortepianu i ma wydobyć z niego samodzielnie pierwszy dźwięk,
jego uwaga powinna być przez nas SYMPATYCZNIE i WESOŁO koncentrowana na takim wydobywaniu dźwięku, które w ogóle
nie jest wynikiem „opadnięcia łapki”, „chwytu palca”, „wgniecenia pineski”
(to proponują Finowie) albo „zgniecenia jagody” (niektórzy Rosjanie właśnie
tak by sobie rzecz całą wyobrażali; że to niby „dźwięk, jak sok” się
wydzieli...). Kierowanie uwagi na cokolwiek pozamuzycznego definitywnie
uniemożliwia skupienie się na „najważniejszym i dlatego szczególnie teraz –
jedynym”, a przecież to, co my akurat teraz chcemy właśnie zrealizować, ma
być wyłącznie ARTYSTYCZNIE ZORIENTOWANYM CZYNEM, który koniecznie powinien
zawierać bodaj mikro-element artystycznej przygody: pobudzać wyobraźnię i
dawać radość kreowania muzyki pełnej sensu, wyrazu, piękna. Innymi słowy:
mamy stwarzać uczniom szansę uczestniczenia w akcji emocjonalnie żywej,
zawsze związanej z jakąś formą ruchu. Idąc za myślą Chopina: powinniśmy stale
szukać sposobu przysposobienia naszego instrumentu do „śpiewania”! Powtórzmy
raz jeszcze słowa Chopina: „Ja wskazuję [...]; słuchacz sam musi wykończyć
obraz.” (J-J. Eigeldinger, Chopin w oczach swoich uczniów, MI Kraków
2000, s. 339); Chopin więc (czy inny kompozytor) „sugeruje”, ale wykonawca
sam musi „wykończyć obraz” i praktycznie zrealizować go, nadając mu
ostateczną formę brzmieniową, aktywnie i ciekawie rozwijającą się w
czasie.
Takie oto
wnioski z moich nie tylko chopinowsko-metodycznych lektur i rozważań, ale
również z całych już długich lat eksperymentów pedagogicznych prowadzonych na
bazie powoli zdobywanej wiedzy o praktyce „chopinowsko zorientowanej”
metodyki pianistycznej na tyle nie spodobały się prof. Tomaszewskiemu, że
zarzucił mi nie tylko przypisywanie Chopinowi poglądów, których Chopin być
może (tego się już nie dowiemy) nigdy nie posiadał, ale i próby „firmowania”
moich własnych koncepcji nazwiskiem Chopina. Ponieważ z zarzutami tego typu
zetknąłem się nieraz i wcześniej – nie byłem surowością ocen prof.
Tomaszewskiego wcale zaskoczony... Nie wypada mi odpowiadać pytaniem: na
podstawie jakich to przesłanek mamy uznać przedstawiony przez prof.
Tomaszewskiego w tekście „Fenomen i paradoks muzyki Chopina” zestaw rzekomo
chopinowskich „idiomów stylistycznych” za odpowiadający prawdzie?
Dlatego wolę
powiedzieć tak: nigdy nie przedstawiałem i nadal nie przedstawiam moich tez jako autentycznych idei
Chopina. Jednak, za to, za każdym razem podkreślam fakt posiadania przez
każdego z nas prawa i wręcz obowiązku interpretacji wszystkiego co istnieje, a w tym
także prawa do interpretacji wszystkiego, co dotychczas napisano na temat
Metody Chopina oraz, co naturalne – do wyciągania z tych lektur wniosków,
jakie intuicja i posiadana wiedza każą nam uznawać za prawdziwe lub nawet
tylko prawdopodobne.
W odróżnieniu od sytuacji historyków i muzykologów
uprawiających miłoliteracką twórczość i quasi-naukowo przypisujących
Chopinowi (na przykład) stosowanie „idiomów stylistycznych”, brutalnie
konkretnych i w bardzo konkretnych miejscach, co nawet trochę przypomina
mocno dziś przestarzałe dawne zwyczaje muzykologii niemieckiej, w swoim
czasie pewnej, że – powiedzmy – w takcie nnn+2 Beethoven w tej-to-a-tej
części VI Symfonii opisuje swoje spotkanie z żabą.
Sądzę, że my, pedagodzy,
badając także Metodę Chopina, mamy – po
pierwsze – prawo stawiania nawet bardzo śmiałych hipotez, a po drugie – o tyle dogodną sytuację, że nasze domysły zawsze możemy zweryfikować
praktycznie i sprawdzić, jak ich wprowadzenie do praktyki wpływa na
artystyczny i instrumentalny rozwój naszych uczniów.
Gdy we
wczesnych latach 60-tych ubiegłego stulecia opanowało mnie wyjątkowo gorące
pragnienie odkrycia tajemnicy „metody”, jakiejś metody – początkowo wcale nie
wiedziałem, że będzie to akurat Metoda Chopina. Jednak szybko się zorientowałem,
że w naszej dziedzinie Historia nie ma nam chwilowo nic lepszego do
zaofiarowania i systematycznie, choć powoli zacząłem sprawdzać, które z
wniosków nasuwających się na myśl w trakcie kolejnych lektur
chopinologicznych oraz, w ogóle, dotyczących teoretycznych podstaw i
praktycznych detali także innych metod nauczania gry na fortepianie, jak
Leszetycki, Hofman, Leimer, Petri, Neuhaus, Matthay, Szafranek, Whiteside –
pozbawiony pomocy z zewnątrz, samodzielnie i niejako na oślep potrafię ze
skutkiem pozytywnym wprowadzić do mojej własnej pracy. Zgoła niewymyślne
eksperymenty najpierw realizowałem na sobie samym, w moim własnym ćwiczeniu i
koncertowaniu: dokładnie tak samo, jak niegdyś czynili odkrywcy homeopatii,
na sobie samych próbując różnych toksyn w rozmaitych stężeniach; oni –
ryzykowali życiem, ja, najwyżej mogłem „zawalić” jakiś koncert (i to mi się
na ogół znakomicie udawało). Później zacząłem próbować „jak TO WSZYSTKO
działa” w pracy z moimi licznymi uczniami. Oczywiście, że „to działało” oględnie
mówiąc: bardzo rozmaicie. Jednak powoli, wyłączając elementy, które
systematycznie zawodziły w praktyce (np siła palców, jako rzekomo
najważniejszy warunek powodzenia w pianistyce), zacząłem czynić coraz
wyraźniejsze postępy i wreszcie nagle, dzięki zaproszeniu ze strony
EPTA-Polska, które skierowała do mnie Pani prof. Teresa Manasterska, w połowie lat
90-tych pojawiłem się na kursach dla najbardziej utalentowanej młodzieży
pianistycznej w Krynicy. Od tego czasu minęło już ponad 20 lat i w tym okresie w
moim widzeniu Metody Chopina dokonał się chyba na tyle znaczny postęp, że
dziś już niemal z reguły dostrzegam tylko pozytywne zmiany w jakości gry
moich nie tylko szczególnie utalentowanych uczniów.
Na początku
tego tekstu napisałem, że my – polscy pianiści i pedagodzy, a zwłaszcza
właśnie pedagodzy, mamy wręcz moralny obowiązek wgłębiania się w to „istne
cudo”, jakim jest Metoda Chopina. Jak napisał niedawno pewien Jezuita, „Cud nie musi być strzałem na wylot
przez ścianę praw przyrody”. Nie ma żadnej, nawet najmniejszej szansy, by coś
takiego, jak strzał na wylot przez ścianę praw przyrody – mogło się w
ogóle zdarzyć: nie po to przecież Ojciec Niebieski dał Przyrodzie określone
prawa, by je potem niweczyć lub omijać. Cud, niezwykle pozytywne i dlatego
radosne wydarzenie, wprawdzie w sposób dla nas niewyjaśnialny wiedzie do
zdrowia nie tyle na przekór temu, o czym informuje nas rozum, ile w sposób niezwykle skrócony, omijając
etapy przejściowe, co dowodzi, że to, co dla nas jest niewykonalne, jednak w
gruncie rzeczy jest możliwe do osiągnięcia, ale – wyłącznie w sposób
arcymistrzowski, którego istnienia wcześniej nawet byśmy nie podejrzewali.
Jestem realistą i wiem, że „nawet i w Paryżu nie zrobią z owsa ryżu”, ale wiem też równie doskonale, że
pewnego rodzaju i stopnia cuda mogą się zdarzać znacznie częściej, niż się
powszechnie sądzi: chodzi o
kilka lub nawet cały łańcuch zmian, które łącznie, razem doprowadzają
do tego, że praca z uczniem z formalnej i zdecydowanie nieprzyjemnej, a do
tego z reguły pozbawionej miło ubarwiających ten proces nawet drobnych
triumfów, staje się interesująca dla obu stron, a i sukcesy nie każą wtedy na
siebie długo czekać. Pierwszym z nich jest uśmiech na twarzy ucznia, następny
– to większy spokój w jego duszy, kolejny – to poprawa zdolności
zapamiętywania. Następny – coraz
lepsze przygotowanie do lekcji, wzrost zainteresowania przedmiotem,
sprawniejsza technika i głębsza muzykalność; i wreszcie – mniejsza trema i
pewniejsze, bardziej twórcze samopoczucie na koncertowej i egzaminacyjnej
estradzie, a także i w tzw. codziennym życiu.
Zapewniam, że
nie jest to przykład literatury fantastyczno-naukowej ani pozbawionego sensu
wizjonerstwa: to opis sytuacji wielokrotnie przeze mnie przeżywanych i
doświadczanych odkąd rozpoznałem „ducha” Metody Chopina; odkąd odczułem i
zacząłem stosować wszystkie te wnioski-zalecenia, jakie skrótowo wcześniej
przedstawiłem w niniejszym tekście, wiele z zakresu „niemożliwego” przeszło do
katalogu spraw pozytywnej codzienności. Czas na jakąś syntezę i zarazem na
kilka wskazań praktycznych.
Na przestrzeni
wystarczająco długich lat byliśmy wychowywani w kulcie Chopina-Mistrza Formy,
nieomal czystej jak w teorii Chwistka czy Witkacego. Obraz Fryderyka był
tworzony na podobieństwo ludzi, którzy o nim pisali. Podobnie, jak czyni to
grzeszny autor niniejszego tekstu, oni też – wszyscy bez wyjątku, Liszt,
Czartoryska, Cortot, Eigeldinger, ale także Szymanowski, Drzewiecki, Ekier, Czerny-Stefańska i Tomaszewski
oraz Smendzianka czy Neuhaus mają swój udział w tej wielkiej i bardzo
pstrokatej „pracy zbiorowej”, którą nazywamy wyobrażeniem o Fryderyku Chopinie. Z
tego niezwykle skomplikowanego bytu każdy z nas wydobywa to, co wedle jego
wiedzy, intuicji i temperamentu jest choć trochę podobne do naszego swoiście
prywatnego pojmowania fenomenu Chopina.
Moje
doświadczenia nakazały mi skierować uwagę Czytelnika na kwestię
wewnętrznej ruchomości kreowanego dźwięku muzycznego ponieważ praktyka
codziennej i niecodziennej, lekcyjnej, ale także kursowej i wszelkiej innej
pracy na przestrzeni bodajże ostatnich dwu dziesiątek lat dowiodła, że jest to wyjątkowo
skuteczne narzędzie pomagające w osiąganiu pozytywnych przemian w nie tylko
muzycznym myśleniu młodszych i starszych pianistów, z jakimi pracuję.
Dźwięki, a przedtem ich WYOBRAŻENIA – poprzednio – statyczne i przez to
nieciekawe, nudne i jałowe, jak za dotknięciem czarodziejskiej (stąd wiem, że
to chopinowska, oryginalna...) różdżki zmieniają
swą dotychczasową naturę i stają się bytami pełnymi wigoru i koloru; martwe
zamienia się w żywe zgodnie z uwagą Chopina o konieczności nauczenia się (w
domyśle: muzycznie prawidłowego) grania dźwięków krótkich i długich. Dodajmy,
że dźwięk krótki to dźwięk o takiej samej linearnej i dynamicznej naturze,
jak dźwięk długi – tyle, że krótki, a właściwie, bardziej precyzyjnie mówiąc
– krótszy, czyli „długi inaczej”. Droga do takiej przemiany powinna wieść
przez bardzo prosty zabieg, który dla uproszczenia sprawy nazywam
„wizualizacją ruchu dźwięku”: musimy sprawić, że w naszej wyobraźni „obraz
dźwięku” będzie zakreślać jakąś piękną linię, znikać za horyzontem albo
powracać po konturze elipsy – może być podobny do fali światła lub po prostu
jakiejś innej, nieoznaczonej energii. Ruch ręki albo – dlaczego nie – kilkumetrowy
spacer też sprawdzają się doskonale jako czynniki wspomagające proces
dochodzenia do głębokiego zaprzyjaźnienia się z ruchem myśli wewnątrz fali
brzmienia.
Bardzo mi się
podoba lapidarna charakterystyka humanizmu dokonana przez Wilhelma Diltheya (1833-1911): „Humanistyka powinna
unikać schematów, natomiast trzymać się życia.” Taka właśnie jest Metoda
Chopina widziana oczami mojej wyobraźni: humanizm jest w niej podstawowego
znaczenia dyrektywą nie do
odrzucenia.
Serdecznie
dziękuję za zapoznanie się z moimi przemyśleniami!
Wola Kopcowa, 9.11.2019
poniedziałek, 30 września 2019
Metoda Chopina w świetle niektórych ustaleń cybernetyki – rozpatrywana w kategoriach technologii komunikacyjnych [skrót wykładu wygłoszonego podczas XXV Warsztatów Pianistycznych w Krynicy Zdroju w dniu 25. 6. 2019]
I. Gdy
w 1995 ukazała się książka dr Daniela
Golemana o inteligencji emocjonalnej, wielu sądziło, że wiek XXI będzie nazywany
WIEKIEM EMOCJI. Okazało się jednak, że jest inaczej. Wiele znaków na Niebie i
Ziemi wskazuje na to, że wiek XXI będzie wiekiem Braku Wody, Przemian Klimatu, odchodzenia
od Plastiku oraz INFORMACJI i ich przetwarzania. Nie zmienia to wagi
spostrzeżeń amerykańskiego psychologa; do emocji musimy się stale odwoływać i
czynimy to zawsze. Jednak psychologiczną podstawę wszelkiego ludzkiego
działania stanowi – tak przynajmniej sądzę – żelazna pewność własnej prawdy
o wszelkim zjawisku. Jestem pewien, że Chopin (podobnie, jak każdy genialny
Artysta) nie miał wątpliwości co do jedynie słusznego miejsca dla każdej przez
siebie zapisanej nuty i jakości każdego przez siebie zagranego dźwięku we
wszystkich jego aspektach i wymiarach. Reszty nie ma – szkice nieudane kazał
spalić, a od pewnego czasu jego instrument milczy. Sądzę też, że tylko da Vinci
wiedział, czym w pracy malarskiej
kieruje się Jego Osoba – podobnie, tylko Einstein znał przynajmniej
niektóre ulice i zaułki, po których Jego myśl podążała w stronę znanego wyniku.
Na tej samej zasadzie winniśmy przyjąć, że tylko Chopin w całej rozciągłości wiedział – co
czyni – ucząc; poza Osobą Chopina jego Metoda nie istnieje. Co bynajmniej nie
oznacza, że niemal każde subiektywnie odczuwane ludzkie działanie nie zawiera
elementów, które można próbować zrekonstruować przez wykorzystanie pewnych ich
cech, o których możemy ewentualnie zdobyć jakąś wiedzę. Moje chopinowskie
eksploracje i wnioskowania nie pragną być klasyfikowane jako klony Metody Chopina! To są tylko i wyłącznie
wnioski z badań i eksperymentów prowadzonych w odniesieniu do Metody, a o ich
wartości niech decyduje ich praktyczna przydatność. Dopóki nie sprawdzono, czy
KOŁO istotnie się TOCZY – nie mówmy, że to kolejna nieudana próba wykradzenia
Panu Bogu Jego Wielkich Tajemnic.
II. Druga
sprawa zasygnalizowana w temacie jest względnie prosta – chodzi o kategorię
INFORMACJI. Mam na uwadze wszystkie trzy warianty: statystyczny, semantyczny i
pragmatyczny w odniesieniu do problemu ich odbioru i rozumienia. Natomiast
pierwsza? Cybernetyka? Ostatnio rozmawiałem z
kilkoma praktykami IT – wszyscy po studiach, bardzo dobrze dający sobie
radę w zawodzie; mówią to samo – stara dobra cybernetyka skończyła się w
momencie śmierci S. Lema.
Dziś mamy jej kontynuację i takie kwestie, jak sztuczna inteligencja (w tym
prawa Asimova, Langforda i Tildena) i jej zastosowania oraz – jak zawsze –
obawę przed zwycięstwem naturalnej głupoty, czyli ludzkiego irracjonalizmu nad
dowolną, naturalną czy sztuczną inteligencją. Mieszkańcy Ziemi mają aktualnie
do dyspozycji siły o nieomal kosmicznych wymiarach oraz niemal zerową wiedzę o
ludziach, którym na mocy demokratycznego
wyboru dano prawo dysponowania tymi siłami. A, w ogóle,
cybernetyka to nauka bardzo młoda, choć jej korzenie sięgają dość daleko w głąb
Czasu.
1. W znaczeniu nauki rządzenia
pierwszy terminu tego użył André Marie Ampère w Eseju o filozofii nauki.
2. W analitycznym przedstawianiu
naturalnego podziału wiedzy ludzkiej już
starożytni Grecy rozszerzyli znaczenie tego pojęcia poza sterowanie
statkiem [kybernán, gr. - 'sterować, kontrolować'].
3. Cybernetyka jest nauką o
organizacji, mechanizmach kontroli i komunikacji u zwierząt i maszyn. W języku
polskim po raz pierwszy pojęcie to zostało użyte przez dr Bronisława F.
Trentowskiego w pracy Stosunek
filozofii do cybernetyki, czyli sztuki rządzenia narodem z 1843
roku.
4. Cybernetyka analizuje analogie
między zasadami działania organizmów żywych, układów społecznych i maszyn [holizm],
odkrywa ogólne prawa wspólne dla różnych nauk i umożliwia przenoszenie tych
praw z jednej dziedziny na drugą; jest więc nauką interdyscyplinarną,
znajdującą wiele zastosowań praktycznych. Uznaje się ją często za jeden z
nurtów w tzw. badaniach systemowych.
5. Za twórcę cybernetyki jako
samodzielnej dyscypliny naukowej uważa się amerykańskiego matematyka Norberta
Wienera. Jego praca Cybernetics or Control and Communication in the Animal
and the Machine, wydana w 1948 roku, jest klasycznym dziełem w tej
dziedzinie.
6. ICT [Information and Communication
Technology] – w zakres pojęciowy
technologii ICT wchodzą wszystkie media komunikacyjne (Internet, sieci
bezprzewodowe, sieci Bluetooth, telefonia stacjonarna, komórkowa, satelitarna,
technologie komunikacji za pomocą dźwięku i obrazu, radio, telewizje itp.) oraz
media umożliwiające zapis informacji (pamięci przenośne, dyski twarde, dyski
CD/DVD, taśmy itp.), a także sprzęty umożliwiające przetwarzanie informacji
(komputery osobiste, serwery, sieci komputerowe itp.). Dodatkowo technologie
ICT obejmują także całą gamę aplikacji informatycznych oraz złożonych systemów
IT umożliwiających realizację przetwarzania i przesyłania danych na wyższym
poziomie technicznym niż poziom sprzętowy. Jest tego wszystkiego mnóstwo. I co
z tego wszystkiego dla nas wynika?
III. Z
moich obserwacji od dawna inspirowanych czymś, co by można określić mianem
fascynacji technikami informatycznymi, wynika przekonanie o ważności zarówno
obiektywizmu w ocenach sytuacji, jak precyzji we wnioskowaniu. Ponieważ
cybernetycy definiują cybernetykę jako naukę o sterowaniu, a czymże innym jest
pedagogika i wychowanie jak nie próbą pomocy Młodym w zdobywaniu sztuki
sprawnego i skutecznego sterowania własnym rozwojem, pomyślałem, że może dobrze
będzie – skoro mamy mówić o czymś tak doskonałym, jak chopinowskie Nauczanie –
powiązać te dwa wątki i zobaczyć, jak to zadziała?
W odróżnieniu od cybernetyki – PEDAGOGIKA i wszystko, co do niej pod
dowolnym względem należy, to rzeczy pradawne, których korzenie nikną w pyłach i
dymach historii. Pedagogika – niby – odnosi się głównie do młodego pokolenia,
które dzięki oddziaływaniom wychowawczym winno osiągnąć optymalny rozwój
osobowości, ukształtować wiedzę o rzeczywistości, przygotować się do
funkcjonowania w życiu społecznym. Na tym gruncie formułuje się istotę, cele,
treści, metody, środki i formy organizacyjne procesów wychowawczych. Faktycznie
jednak wszystkie grupy społeczne w każdym wieku – mniej lub bardziej świadomie
– realizują, każda na swój sposób i swoimi metodami, rozmaite procedury,
których sens sprowadza się stale do tego samego: do doprowadzenia do stanu, w
którym zawsze obecna DRUGA STRONA zaczyna spełniać marzenia STRONY PIERWSZEJ. Weźmy pod lupę układ
Babcia – Wnuczek, Zięć – Teściowa, ale także Uczeń – Nauczyciel i odwrotnie. Nie posiadam odpowiednio ważkich materiałów
dowodowych, ale intuicja i przez ponad pół wieku zdobywane doświadczenie mówią
mi, że najważniejsze ze wszystkich są jednak i mimo wszystko – nasze geny,
rozumiane (poetycko mówiąc – inaczej chyba jeszcze nie potrafimy) jako sieć okien otwierających
szanse rozwoju i działania jednostki. Ilość, rozmieszczenie oraz format tych
konstruktów (zarazem – układ wewnętrznych motorów Człowieka) pozwala jednym
posuwać się na szachownicy życia z siłą i w tempie Mozarta, gdy innym ogranicza
ich szanse nawet daleko poniżej tempa Salieriego.
IV. Chcę
teraz zaproponować krótki fragment
nadzwyczajnego filmu Milosa Formana, mam nadzieję, że da nam pomoc w
zrozumieniu istoty problemu, którego nadal nie jesteśmy w stanie opisać w
sposób, który uczyniłby z owego węzła rzecz jasną jak tabliczka mnożenia: każda i każdy z nas potrafi dla własnych potrzeb
wyciągnąć wnioski z obejrzanego fragmentu. Czytelników tego tekstu serdecznie
zapraszam do zachwycenia się mistrzowską realizacją sceny, w której Salieri
przyjmuje wdowę po Mozarcie i przegląda przyniesione przez nią rękopisy
Wolfganga Amadeusza...
To jakby tylko przy okazji mówienia o talentach, ale są tu i inne ważne
wątki. Wszystko w Państwa własnych rękach…!
V. Do
głównych ośrodków wychowania i kształcenia zalicza się rodzinę oraz grupy
rówieśnicze i instytucjonalne jak
przedszkole, szkołę elementarną i gimnazjum, liceum, a potem kształcenie
akademickie. Zakres zainteresowań pedagogiki jest nieco szerszy i obejmuje też
samowychowanie i samokształcenie młodzieży i dorosłych, oddziaływanie
wychowawcze instytucji wychowania pozaszkolnego, głównie: środków masowej
komunikacji, organizacji młodzieżowych, placówek kulturalnych (teatrów, klubów,
muzeów) oraz instytucji wychowania religijnego. Przedstawicielami pedagogiki
jako nauki są pedagodzy o odpowiedniej specjalności pedagogicznej. Nie wolno
jednak lekceważyć roli i znaczenia procesów, które w życiu społecznym zachodzą
zwyczajowo w mało kontrolowany sposób – w domowym zaciszu, w przestrzeniach
hipermarketów, szopie, altanie oraz w rozmaitych innych miejscach, w których
wzrastające nowe pokolenia przechodzą ukryte przed oficjalnym szkiełkiem i
okiem etapy życiowych wtajemniczeń. Zadaniem pedagogiki jako nauki empirycznej
jest wyposażenie pedagogów, którzy organizują procesy edukacyjne, w wiedzę o skuteczności różnych procedur.
Jeśli przyszli pedagodzy nie zechcą wziąć pod uwagę wszystkiego tego, o czym
mówiliśmy przed chwilą – ich świadomość i wiedza będą pełne białych plam, a
wyciągane wnioski – nieskuteczne, bo zbudowane na danych dalekich od
prawdziwości.
VI. Potoczna
wiedza głosi, że manipulacja ludźmi może być skuteczna tylko wówczas, gdy jej
technika nie jest znana tym, którzy jej podlegają; choć to brzydkie, nabiera wdzięku, gdy z
kulturą i wyczuciem postaramy się wykorzystać tę prawdę w pracy z naszymi
uczniami ku powszechnemu dobru. Jak to zrealizować? Przychodzi mi na myśl stale
jeden i ten sam Przykład! Chopin był genialnym Artystą – zarówno jako
kompozytor, jak i jako pianista. Ta prawda nie podlega żadnej dyskusji. Za
chwilę powrócimy do tej wielkiej Postaci – maleńka dygresja: polski uczony,
prof. Marian Mazur stworzył teorię
systemów autonomicznych i opublikował ją w swej książce Cybernetyczna teoria
układów samodzielnych, a następnie rozwinął w pracy Cybernetyka i
charakter. System autonomiczny, zgodnie z jego poglądem, to taki system,
który ma zdolność do sterowania samym sobą i może przeciwdziałać utracie tej zdolności;
inaczej mówiąc, jest swoim własnym organizatorem i steruje samym sobą. Doskonałym
przykładem systemu autonomicznego
jest człowiek, ale i dobrze zorganizowane społeczeństwo. Teoria prof. Mazura
dostarcza dobrych narzędzi do analizowania procesów sterowania postępowaniem
ludzi. Bogatsi o tę świadomość spróbujmy porównać rzeczy tylko z pozoru
nieporównywalne: sposób uczenia bardzo przeciętnego nauczyciela, który dotyka
instrumentu od przypadku do przypadku – z uczeniem „takiego” Chopina (ale i takiego
Liszta, Clementiego, Cortot’a, Leszetyckiego, Rubinsteina, Godowskiego,
Neuhausa, Igumnova, Lipattiego, Drzewieckiego i innych Mistrzów.)
VII. Czym
różni się Metoda Chopina od wszystkich innych znanych w historii metod uczenia
gry na fortepianie? Często to pytanie słyszałem w zresztą bardzo rozmaitych
sytuacjach. Najkrócej można by na nie odpowiedzieć mówiąc, że Metoda Chopina
dokładnie i jedynie tym się odróżniała od innych metod znanych w historii
pianistyki – czym Chopin, jako Człowiek i Artysta odróżniał się od innych osób
zajmujących się uczeniem gry na fortepianie. Bardziej szczegółowe odpowiedzi
znajdziemy poniżej:
1. Czy Metoda Chopina może być
pomocna w pracy nad dziełami innych kompozytorów?
- Tak. Ponieważ dotyczy ona
techniki formowania dźwięku i - generalnie - pracy nad warsztatem
pianistycznym; Metoda nie proponuje żadnych szczegółowych rozwiązań dotyczących
interpretowania utworów należących do jakiegoś konkretnego stylu. Natomiast
jednym z najważniejszych rezultatów stosowania proponowanych przez Chopina
rozwiązań pedagogicznych jest budzenie twórczej postawy pianisty wobec
studiowanej przez niego muzyki. W pierwszym rzędzie Metoda dotyczy spraw
techniki gry, a dokładnie - integrowania wszystkich jej elementów w pracy nad
muzyką przy fortepianie.
2. Czy Metodę Chopina można
stosować w pracy z dziećmi dopiero rozpoczynającymi naukę gry na fortepianie?
- Bezwarunkowo tak; Metoda bowiem
uczy jak stosować wyobraźnię i uaktywnia słyszenie; oba te elementy są
szczególnie ważne właśnie w początkach nauki.
3. Czy Metoda Chopina
przeznaczona jest tylko dla wybitnie utalentowanych uczniów i studentów?
- Nie. Metoda uaktywnia słuch i
wydatnie pomaga rozwijać fantazję muzyczną; niezwykle ułatwia zdobycie
naturalnego kontaktu z klawiaturą. Stosowanie Metody racjonalizuje i
umuzykalnia proces formowania dźwięku. Te cechy czynią ją niezastąpioną nawet
nie tyle dla wielkich talentów pianistycznych, które i tak świetnie
sobie ze wszystkim radzą, co zwłaszcza dla mniej uzdolnionych adeptów
pianistyki, którzy TEŻ chcieliby poznać smak radości wynikającej z
instrumentalnie łatwego kontaktu z fortepianem. Dla nich szczególnie gra na
fortepianie - traktowana w formalnie akademicki sposób - może być odczuwana
jako wysuszanie wyobraźni i dręczenie rąk.
4. Co odróżnia Metodę Chopina od
innych metod znanych z historii pedagogiki fortepianowej?
- Istnieje kilka elementów
wyraźnie odróżniających Metodę Chopina od wszystkich innych znanych systemów
pedagogicznych w pianistyce – z wyłączeniem metody Prof. H. Neuhausa, która –
dla mnie – jest rozwinięciem i
uzupełnieniem chopinowskiej
formuły. Przede wszystkim: chopinowska Metoda proponuje
konkretne środki warsztatowe faktycznie pomagające zaktywizować słuch i
fantazję muzyczną. Patrząc od strony czysto technicznej - Metoda uczy
współpracy z naturalnymi oporami klawiatury, nie mówi zaś o konieczności ich
"pokonywania" - nad czym, w zasadzie, skupiają się niemal wszystkie
inne szkoły pianistyczne. Metoda pokazuje - jak z kontroli waloru barwy i
dynamiki każdego wydobywanego dźwięku można uczynić doskonałe narzędzie
pozwalające każdemu pianiście osiągnąć maksymalną możliwą dla niego sprawność
instrumentalną. Dzieje się tak dzięki skierowaniu aktywności słuchu na
konkretny obiekt - STREFĘ jakości brzmienia oraz wskazanie realnych sposobów
URUCHAMIANIA WIZJI dźwięku tak, by on rzeczywiście był interesujący, czysty i
żywy, a nie istniał jak zjawisko wyłącznie akustycznej natury. W podobny sposób
patrzył na te sprawy m. in. Prof. Zbigniew Drzewiecki (1890-1971), troszcząc
się o to, by w grze jego studentów nie pojawiały się nuty – trupy; w podobny
sposób wypowiadał się na temat techniki fortepianowej wielki Józef Hofmann.
5. Jeżeli istotnie Metoda Chopina
tak bardzo pozytywnie różni się od wielu innych systemów w pedagogice
fortepianowej, to dlaczego ten fakt dotychczas nie został powszechnie
dostrzeżony przez praktyków fortepianu - pianistów i pedagogów?
- Chciałoby się zawołać:
"oto jest pytanie"...!
6. Czy Metoda Chopina podaje
konkretne sposoby umożliwiające praktyczną realizację proponowanych przez nią
rozwiązań warsztatowych?
7. Czy oznacza to, że Metoda
wyraźnie mówi także o fizycznych (manualnych) aspektach pracy nad techniką?
- Tak. Metoda podaje bardzo
konkretne zalecenia dotyczące sposobów korzystania z poszczególnych części
aparatu gry pianisty oraz kształtowania korzystnych relacji między nimi. Vide:
link z pkt. 6.
8. Dlaczego Metoda Chopina, mimo
jej doskonałości, jest tak rzadko stosowana?
- Metoda Chopina, teoretycznie,
jest powszechnie znana, przynajmniej jako hasło encyklopedyczne. Informacje o
niej, niestety, są na ogół podawane przez historyków, którzy z natury rzeczy
mało mają do czynienia z praktyką pianistyczną. Dlatego najistotniejsze treści
Metody, dotyczące mechanizmów rzeczywiście sterujących techniką gry (por.
odpowiedź na pytanie nr. 10), są w tych informacjach w zasadzie zawsze
pomijane. Idea opisana, a raczej zasygnalizowana w tekście naszkicowanym przez
Chopina była na tyle nowatorska, że zrozumiałe jest, iż tak długo pozostawała w
cieniu koncepcji mówiących wyłącznie o mechanicznych aspektach gry
fortepianowej - tyle prostych, co zdecydowanie mało skutecznych w praktyce. Do
zrozumienia Metody niezbędna jest świadomość zasad powodujących szereg
określonych zjawisk w psychice ludzkiej, których poznanie stało się możliwe
dopiero w ostatnich latach.
9. Czy oprócz wspomnianego wyżej
nowatorstwa był jeszcze jakiś inny powód, który sprawił, że chopinowska idea
pedagogiczna (Metoda) nie została w sposób należyty zrozumiana i przyjęta przez
pedagogów fortepianu w XIX wieku, a także i później?
- Metoda została przez Chopina
opisana tylko szkicowo. To główny powód braku powszechnie jasnej informacji o
jej istocie. Chopinowskie Szkice (F. Chopin: Szkice do Metody gry
fortepianowej, MUSICA IAGELLONICA, Kraków 1995) zawierają jednak cały szereg
sformułowań ogólnych dających wystarczająco wiele wiadomości o kierunku
myślenia jej Autora o pedagogice fortepianowej. Po uzupełnieniu tych skromnych
danych informacjami pochodzącymi od Jego uczniów, a także z innych źródeł [por.
prace M. Tomaszewskiego, I. Poniatowskiej, J-J. Eigeldingera, J. Milsteina i
innych] można w miarę dokładnie zrekonstruować główną myśl Metody.
10. Jaki element Metody należy
uznać za szczególnie istotny?
- Najbardziej istotnym elementem
Metody jest – moim zdaniem – zaproponowany
przez Chopina sposób formowania instrumentalnych nawyków gry w ścisłym
powiązaniu z artystyczną stroną interpretacji: idea - dźwięk / kontrola barwy i
dynamiki / ocena ergonomiczności zastosowanego ruchu / korekta obu elementów
(charakteru brzmienia i efektywności ruchu) / wyraz artystyczny. Metoda
proponuje rozwiązania w jakimś stopniu zbliżone do znajdujących się dopiero w
stadium eksperymentów koncepcji NLP (Neuro-Linguistic Programming) i dlatego,
podkreślam to po raz kolejny, nie powinien dziwić fakt jej małej popularności wśród
osób, dla których ruchy palców i rąk stanowią podstawowy obiekt zainteresowania
w kształceniu techniki pianistycznej. W rozumieniu Metody - rzetelnej techniki
pianistycznej nie da się kształtować w oderwaniu od pracy nad artystycznie
najważniejszymi elementami gry.
11. Czy to prawda, że wśród
uczniów Chopina były tylko damy z arystokracji i osoby z tzw. wyższych sfer
(głównie - paryskiej finansjery)?
- Nie, to nie jest prawda.
Wprawdzie Chopin był najdroższym pedagogiem fortepianu w Paryżu (wówczas -
artystycznej stolicy świata) i mało kto mógł sobie pozwolić na lekcje u niego,
tym nie mniej z uczniami szczególnie uzdolnionymi pracował on także za darmo,
mimo bardzo słabego zdrowia poświęcając im wiele czasu i wysiłku. Uczyło się u
Chopina wielu świetnych pianistów i późniejszych wybitnych pedagogów (A.
Gutmann, G. Mathias, F. H. Péru, Th. Tellefsen, E. Peruzzi); wsród nich na
szczególną uwagę zasługują: Carl Filtsch, zmarły w wieku 15 lat pianista z
Transylwanii (ur. 28.5.1830 w Sebeș), który mimo młodego wieku uznawany był za
genialnego następcę Chopina w pianistyce - oraz Karol Mikuli, który wywarł
znaczący wpływ na rozwój pianistyki europejskiej końca XIX
i początku XX wieku.
Prof. L. N. Naumov, był kiedyś asystentem H.Neuhausa – tę właśnie fotkę od Niego dostałem na pamiątkę wspólnego czasu w Konserwatorium w Moskwie (1973).
12. Czy któryś ze znanych w
świecie pedagogów rzeczywiście zastosował Metodę Chopina w praktyce?
- Tak. Pedagogiem, który w sposób
pełny zastosował ją w swej pracy i uzyskał wybitnie doskonałe wyniki był Prof. H. Neuhaus (1888-1964). Jego pozycja w
światowej pedagogice fortepianowej jest porównywalna do pozycji takich Mistrzów
jak Teodor Leszetycki czy Leopold Godowski. Mimo, że od śmierci Prof. Neuhausa
upłynęło już wiele lat - zarówno idea, którą realizował w swej pracy, jak
sposób, w jaki wcielał ją w życie - powodują, że w ponad pięćdziesiąt lat po
jego śmierci jego nazwisko jest być może nawet bardziej sławne niż w latach, w
których żył i pracował.
13. Czy jednak, mimo wszystko nie
należy stwierdzić, że Metoda Chopina jest na tyle enigmatyczna, że może
stanowić jedynie przedmiot zachwytu dla entuzjastów kompozytora - nie
posiadając w gruncie rzeczy większej wartości praktycznej?
- Nie. Takiemu poglądowi przeczą
- na przykład - ewidentnie pozytywne zmiany, wyraźnie zauważalne w jakości
rezultatów pracy każdego ucznia i studenta, w ogóle - każdego pianisty, który
został praktycznie zapoznany z technologią pracy proponowaną przez Chopina, a w
pełniejszej formie przedstawioną przez Prof. Neuhausa.
VIII. W
trakcie prowadzonych przeze mnie od 1997 roku kursów, seminariów i
eksperymentów pedagogicznych, często realizowanych za pośrednictwem Internetu,
w których udział wzięło już blisko pięciuset
uczestników z Finlandii, Wietnamu, Holandii, Niemiec, Japonii, Belgii,
USA, Australii, Ukrainy, Szwecji, Rosji, Singapuru, Syrii, Egiptu, Kuwejtu, Filipin
i Polski (są to uczniowie i studenci, a także absolwenci Akademii Muzycznych i
konserwatoriów, dziś w kilku przypadkach doktorzy i profesorowie, również
laureaci konkursów pianistycznych) - istotne, pozytywne zmiany zostały
zaobserwowane przez wszystkie bez wyjątku osoby uczestniczące w tych
pianistyczno-pedagogicznych przedsięwzięciach. Te pozytywne zmiany są też z
reguły z radością przyjmowane przez pedagogów obecnych podczas prowadzonych
przeze mnie kursów i seminariów. Nie spotkałem się dotąd z głosami
pedagogicznego sprzeciwu. O przypadkowym sukcesie Metody nie może więc być
mowy.
IX. Zadałem
sobie pytanie: co łączy Metodę Chopina ze współcześnie stosowanymi
technologiami komunikacyjnymi oraz cybernetyką? W moim przekonaniu, analogie są
doprawdy znaczące: szukamy maksymalnie sprawnego sposobu formowania adepta
pianistyki widzianego jako system autonomiczny, czyli działający wedle prawideł
zawartych w koncepcji prof. M. Mazura. U Chopina mamy propozycję pracy wedle bardzo
podobnych zasad, bo – po pierwsze – kieruje on uwagę grającego na kreowanie
wartości bogato wyposażonych w obrazowo-emocjonalne treści, a po drugie –
wskazuje, jak sprawić, by te wartości nie gubiły się w szumie przekazów
muzycznie bezwartościowych i artystycznie zbędnych. Dzięki temu uczeń zdobywa umiejętność
sterowania samym sobą i potrafi przeciwdziałać utracie tej zdolności; staje się
przeto swoim własnym organizatorem i steruje samym sobą w stronę, w której dostrzega
własne korzyści. Ponieważ cybernetyka jest nauką o racjonalnym oddziaływaniu
mającym przynosić określony cel, zmierzającym do zrozumienia funkcji, procesów,
mechanizmów kontroli i komunikacji – za szczególnie ważny element sytuacji powinniśmy
uznać kwestię INFORMACJI. Zgodnie z wystarczająco jasno wyrażanym i
potwierdzonym w setkach dokumentów poglądem Chopina, muzyka była dla niego
rodzajem języka, a w każdym razie – rodzajem specyficznego medium, sposobem
międzyludzkiego komunikowania się, przekazywania innym informacji o tym, co było w danym momencie sprawą wręcz
paląco ważną dla Twórcy tego czy innego artystycznie konstruowanego komunikatu
– będzie to skrótowa wersja projektu dzieła w postaci partytury, czy jakieś
wykonanie, które jest zawsze tylko Propozycją. Mamy tu jakby do czynienia z
syndromem Fausta: czy chcielibyśmy na zawsze (Wieczność to poważna i nawet
groźna perspektywa…) utrwalić i zachować jakieś jedno-jedyne wykonanie? Czy
wolimy jakże ciekawą i pełną niespodzianek ZMIENNOŚĆ ze wszystkimi jej
niespodziankami, kłopotami i nadziejami?
Geniusz Chopina – widzimy to również w pozamuzycznych formach chopinowskiej
ekspresji, w czystości i precyzji jego muzycznej notacji – jest równie
niemożliwy do ostatecznego poznania i opisania, jak geniusz Bacha czy Mozarta, czy
jakikolwiek inny. I jest chyba bez znaczenia, jakich wytrychów zechcemy użyć do
otwarcia tego skarbca: także ICT i cybernetyka oraz wszystkie inne, których
nazw nawet jeszcze nie znamy, pewnie tylko trochę tu poradzą. Musimy przecież interesować się
nowymi technikami detekcji i oceny problemów naszego Świata – bez nich
bylibyśmy ciemni jak przysłowiowa tabaka w rogu. Wykorzystanie tych
atrakcyjnych dla dzisiejszego Człowieka nazw w tytule i treści niniejszego
tekstu miało też na celu przypomnienie o ich istnieniu oraz o tym, że nie
powinniśmy w naszych relacjach z fortepianem, pianistyką i pedagogiką
fortepianową omijać tego, co współcześnie sprawne i wszechstronnie pomocne. Na zakończenie
chcę zaproponować rzecz nadzwyczajną – zwrócić uwagę na Postać, dla której rzeczy
nowe i najnowsze także w wielu dziedzinach techniki stanowiły doprawdy wielką
wartość; mam nadzieję, że wspomnienie o Tej Osobie doskonale zepnie to, co
dopiero formuje się na naszych oczach z tym, co najbardziej cenne w przeszłości
– Józef Hofmann…!
P.S. Ten tekst chcę szczególnie gorąco zaproponować Grupie młodych wspaniałych Pianistów działających pod egidą Pani Dr Mileny Kędry w krakowskim Liceum Muzycznym, z którym łączą mnie liczne więzy przyjaźni - jeszcze z czasów niezapomnianej pamięci Pani prof. Ireny Rolanowskiej, ale i daleko potem dzięki współpracy z Panią prof. Olgą Łazarską. Młodzi muszą szczególnie mocno "ruszać głową" i mam nadzieję, że prezentowany tu artykuł Im w tym nie tylko nie przeszkodzi, ale być może nawet w jakimś stopniu zainspiruje... Bardzo na to liczę! :)
(przejrzane i uzupełnione – Wola Kopcowa, 17.9.2019)
Subskrybuj:
Posty (Atom)








