niedziela, 30 lipca 2017

Znaczenie oznaczania wartości i feler ich braku...

Mikołaj napisał m.in. tak: „… Chciałbym się dowiedzieć czy przez to, że zapominam o nadawaniu nowych znaczeń moje wykonania nie utkwiły w pańskiej pamięci? Jeszcze jedna rzecz – co Pan rozumie przez utrzymywanie wewnętrznego ruchu mojej muzyki?”

Dawniej, odpisując na podobne zapytania, które dosłownie sypały się z netu w moją stronę jak przysłowiowe ulęgałki (Pyrus communis), tworzyłem kolejną stronę i zdobiłem ją graficznie, jak tylko umiałem najlepiej. Dziś z powodzeniem wystarcza mi ten blog.

                                                                                   

                                                                   Kwiatostan gruszy…

Piszę te komentarze jakby do prywatnej Osoby, ale ponieważ nasza dyskusja dotyczy spraw na tyle ogólnych, że mogą być ciekawe dla innych – piszę w zasadzie do Wszystkich ewentualnie Zainteresowanych tematyką, która objawiła się jako czyjś konkretny problem.

A. Jestem głęboko przekonany, że już samo nawet bardzo nieśmiałe zainteresowanie sztuką mówi o (zrozumcie mnie dobrze) przynajmniej lekkim odchyleniu od psychicznej „normalności”. Celowo sprowadzam to zagadnienie aż do tak absurdalnie dziwnego poziomu, żebyśmy sobie dokładniej uświadomili, najpierw, co uznajemy za normę w stosunku do przeciętnego Zjadacza Chleba; czy nie jest na ogół tak, że Z. Ch. ma spełniać podstawowe stawiane człowiekowi zadania życiowe i realizować plany stawiane przed nim przez niego samego, jego rodzinę oraz całe środowisko: bogobojnie wzrastać i uczyć się pomnażania majątku, płacić uczciwie podatki i zabiegać o dobre perspektywy dla – z czasem – własnych dzieci; żeby miały dostatnio wyposażone własne domy z telewizorem, samochodem w garażu i dobrą pensją na koncie przynajmniej raz w miesiącu.

A potem, byśmy spróbowali ocenić: czy zainteresowanie Sztuką może być w jakikolwiek sposób pomocne w takim modelu zwyczajnego życia? Czy sztuka nie będzie odrywać Go od tych podstawowych, głównych zadań i zajęć? Zawracać głowy, mącić uczucia i powodować rozmaite fanaberie? Nie będę pisać odpowiedzi na te pytania! Niech każdy rozważy je w swym sumieniu i spróbuje poważnie zastanowić się nad nimi.

B.  Najwidoczniej, ponieważ Stwórcę najwyraźniej nęciła perspektywa możliwości upiększenia tego najlepszego ze światów – obok człowieczych „pszczół robotnic” do życia został powołany cały zastęp szczególnego rodzaju trutni… Ich jedynym zadaniem jest tworzenie piękna wszędzie tam, gdziekolwiek się pojawią i dlatego każdy prawdziwy truteń żeński i męski jest genetycznie przygotowany do zadań, jakie ma wykonać: freski, meble, obrazy, gobeliny, polichromie, dramaty, opery, muzyka instrumentalna – tworzenie wszystkiego, co nie ma żadnego zastosowania w życiu właściwym, za to czego jedynym sensem istnienia jest bycie PIĘKNEM – to ich domena. I tyle. Każdy TAKI truteń z zasady jest przygotowany by tworzyć Piękno tylko w jednej jedynej dziedzinie; wyjątki są niezmiernie rzadkie. W języku potocznym zamiast nazwy „truteń”, twórców piękna powszechnie nazywa się artystami.

Bardzo szerokim łukiem zbliżamy się do konkretnych odpowiedzi na Mikołajowe zapytania; jesteśmy już blisko, coraz bliżej…

C. Na chwileczkę zatrzymajmy się teraz przy jeszcze innej kwestii: czy bez bezpośredniego zapytania nawet średnio inteligentny człowiek może uzyskać zupełnie wystarczającą wiedzę o przedmiocie, zjawisku, sprawie, której aktualnie poświęca się inny człowiek, na której koncentrują się jego myśli i emocje? Ano, wystarczy poobserwować przez chwilę szachistę skupionego na grze, albo zapaśnika, który stara się za wszelką cenę pokonać przeciwnika, albo poetę, który szuka ostatecznie właściwego słowa,  niezbędnego by akuratnie wyrazić to, co czuje serce i przeczuwa głowa…? 

Pisał Tuwim:


Poezjo! lampo czarnoksięska
I lampo laboratoryjna!
Misterna wraz i misteryjna
Jak ceremoniał nabożeństwa.
O, matematyko anarchii,
Nieubłagana w rozrachunku.
Chemiczko w masce kabalarki,
Trzeźwa szynkarko pijanych trunków.
Znam cię: półnaga, sprośna, bujna,
Pod niebo skoczną bijesz nogą,
Gdy własny cię upoi haszysz
Lecz przedtem, farmaceutko czujna,
W białym fartuchu, z miną srogą,
Każdą dziesiątą uncji zważysz.
Wiem: w planetarnym lunaparku
Jak piłką rzucasz wiecznościami,
Lecz najpierw sprawdzisz każdy kamyk.
Każde kółeczko w swym zegarku.
Tak dwujedyny, Faust z Einsteinem,
Widzenie do probówki bierze,
Pod światło patrzy w gusła tajne,
A liczby stawia na papierze.
Tak mgiełki srebrne i błękitne,
Tak nawałnice snów i buntu
Mierz cyrklem, wagą, logarytmem
I dyscypliną kontrapunktu. 

                            (z Kwiatów polskich…)

                                                                           


(Lekko się czyta i wygląda na to, że Poeta po prostu ot-tak sobie „rzucił na papier” te bogate słowa. Podobnie lekko słucha się muzyki Chopina, ale wyobrażam sobie, że tylko Bach i Mozart byli w stanie zapisywać  muzykę z taką łatwością, z jaką jej wykonywanie przychodziło np. Józefowi Hofmannowi.) 

D. Buonarotti stworzył kilka tysięcy szkiców do swojej Piety, wiemy  ile  poprawiał Proust, Rilke, Tołstoj i inni wielcy. Jedno nie może być wątpliwe: wszyscy Oni naprawdę pracowali nad osiąganiem bardzo wyraźnego i oczywistego dla nich celu – maksymalnie widocznego Piękna, niechby w bardzo różnych elementach się przejawiającego, ale przecież piękna. I zaraz musimy dopowiedzieć, że ponieważ muzyka jako Piękno Brzmiące (nie mówimy o zapisie nutowym) jest sztuką dotyczącą tworzenia Wartości w Czasie, musi być w Czas stale wtopiona, a jej cechą najbardziej fundamentalną musi być Ruch – wewnętrzny ruch energii wyobrażanej sobie przez wykonawcę muzyki, bez czego słuchacz  (zobacz: link) na skutek działania rezonansu emocjonalnego zamiast aktywnie uczestniczyć w procesie tworzenia muzyki w Czasie, będzie pasywnie „istnieć obok”, odczuwać brak akceptacji i zainteresowania dla tego, co akurat dzieje się na estradzie…

E. Doprawdy nie sądzę, by ktokolwiek był w stanie „zapomnieć” o konieczności nadawania znaczeń wykonywanym dźwiękom…! To raczej problem chwilowego kierowania ostrza własnej uwagi na inne elementy w grze. Najlepiej będzie można zrozumieć istotę tego problemu po odsłuchaniu dwu wykonań tego samego utworu. Niby – oba mistrzowskie, a jednak…

Porównajmy: 

   - Jascha Heifetz 
   - Henryk Szeryng 

Żeby było łatwiej: zapiszmy na kartce bodaj kilka określeń, które w naszym przekonaniu najlepiej charakteryzują charakter tego Ronda (z Serenady Haffnerowskiej) i zastanówmy, które z tych dwu wykonań bliższe jest temu, co wyobrażamy sobie jako ideał…? Jasne, że chodzi nie o jakiś absolutnie idealnie idealny ideał – tylko o nasz, własny, osobisty. Innego zresztą nigdy nie poznamy, ale to nie problem, zaś o dalszych aspektach omawianych tu dziś spraw porozmawiamy choćby jutro – w następnym odcinku tego bloga. Gdyż nie da się wszystkiego powiedzieć naraz i od razu...


Z najserdeczniejszym pozdrowieniem - sk

czwartek, 27 lipca 2017

Znaczenie i wartość – dwa spojrzenia na problem dźwięku muzycznego...

Zrozumienie faktu artystycznej nędzy „dźwięków neutralnych emocjonalnie”  w miarę upływu czasu i zdobywania coraz większego doświadczenia nauczycielskiego stało się dla mnie punktem zwrotnym w podejściu do całej mojej pedagogiki (praktycznie) oraz (teoretycznie) chyba w ogóle do wszystkiego, co związane z relacją nauczyciel-uczeń w pracy nad techniką gry na fortepianie.

Na przestrzeni lat miałem wielkie szczęście uczestniczenia w lekcjach prowadzonych  przez wielu mistrzów: od Oborina, Zaka i Milsteina do Baszkirowa, Naumowa i Szafranka; akompaniowałem też m.in. na kursach Valerego Klimowa w Niemczech i Ryszarda Karczykowskiego w Finlandii. Żaden ze wspomnianych tu  pedagogów explicite nie nazywał „po imieniu” tego, do czego ich zajęcia w gruncie rzeczy się sprowadzały i dopiero po latach, postępując ku Prawdzie nieraz bardzo wyboistymi i okrężnymi drogami zacząłem uświadamiać sobie to, o czym tak wyraźnie pisał Neuhaus i co jest dziś dla mnie tak łatwo wyczuwalne jako cantus firmus w pozostawionych przez  Chopina jego Szkicach do Metody

W moim aktualnym rozumieniu sekret racjonalnego uczenia gry nie tylko na fortepianie w głównej mierze zawiera się w sztuce koncentrowania uwagi współpracujących z nami uczniów na najważniejszej dla nas wszystkich kwestii: na nadawaniu NOWYCH i MOŻLIWIE WARTOŚCIOWYCH znaczeń każdemu wydobywanemu dźwiękowi. Oczywiście, ucząc posługiwania się fortepianem jako, przecież, dość skomplikowanym urządzeniem o specyficznej mechanice, musimy zwracać uwagę na sposoby, jakich nasi uczniowie mogą używać do wydobywania dźwięku fortepianowego; mamy wręcz  obowiązek prostowania ich ścieżek w stronę instrumentalnego mistrzostwa lub chociaż profesjonalizmu. Jednak najważniejsze JEST najważniejszym: by osiągnąć artystyczny cel, oni  w pierwszym rzędzie muszą wiedzieć, po co siadają przy fortepianie (lub: do fortepianu). Ich podstawowym zadaniem –  podobnie jak i naszym – jest tworzenie Wartości Muzycznych, czyli nadawanie zapisanym w nutach znakom nikomu wcześniej nieznanych znaczeń, których w żaden sposób żaden kompozytor nie jest w stanie (na szczęście dla naszej wolności artystycznej) wystarczająco dokładnie uwyraźnić w poiwszechnie stosowanym systemie notacji; tego się po prostu nie da zrobić.  

Zadanie to możemy chyba zgodnie z prawdą określić jako proces twórczy…?  Jest ono projektowaniem, poszukiwaniem możliwych znaczeń, porównywaniem uzyskiwanego rezultatu z wyczuwanym intuicyjnie „sensem muzycznym” danego dzieła, odrzucaniem estetycznie niedobrych i  akceptowaniem estetycznie wartościowych znaczeń. Jego realizacja sprawia, że czas uczenia się,  ćwiczenia i w ogóle studiowania zamiast być wypełniony przez  uporczywe powtarzanie tego samego, staje się okresem rzeczywiście twórczych  poszukiwań, autentycznego budowania zaplanowanych przez kompozytora form muzycznych w nowy i – oby (pamiętajmy, że ryzyko pomyłki nigdy nie ginie) artystycznie wartościowy sposób.

                                                         

                                                           Prof. Harry Neuhaus (1888-1964)

Dźwięk muzyczny – każdy, ale fortepianu też… – różni się zdecydowanie od wszelkich innych dźwięków wydobywanych przez człowieka i jego środowisko: tylko bowiem dźwięk muzyczny ma być NOŚNIKIEM MUZYCZNEGO PIĘKNA. Głos każdego mówiącego człowieka bez względu na wypowiadane treści zawiera swoistą aurę, jakby poświatę, jakąś „wartość dodaną”, która sprawia, że słuchając kogoś, kto do nas mówi odczuwamy jakieś emocje: albo radość i zadowolenie, albo niepokój i gorycz, albo – niekiedy i to się zdarza – irytację z powodu odczuwania beztreściowości słyszanego przekazu, jakiejś faktycznie  „zbędnej pustki”, jaka może się pojawiać w miejsce tak zawsze pożądanych pozytywnych emocji.

Niektórzy – np. kształceni w PR politycy – wysilają się bardzo, pragnąc wypowiadane przez siebie nieraz bardzo durne treści zamaskować przez nadanie swoim głosom takich właśnie, sugerujących istnienie czegoś wartościowego „poza” lub „ponad” żenującą pustką wypowiadanych przez siebie bzdur. Owo coś ma legitymizować te ich wystąpienia, być jakąś „wartością dodaną” w postaci atrakcyjnego brzmienia modelowanego własnego głosu… Jedni pokrzykują, inni patetycznie deklamują, jeszcze inni stękają niemal płacząc - nie wiadomo nad czyim losem... 

Biada społeczeństwom, które „udzielają absolutorium” akustycznie wyspecjalizowanym cwaniakom! W sztuce, na szczęście jakoś mocniej działają mechanizmy rezonansu emocjonalnego, w który Stwórca raczył wyposażyć każdego Człowieka jakby po to, by ów umiał oddzielać artystycznie wartościowe ziarno od artystycznie bezwartościowych plew. Niestety, ta na polu sztuki najczęściej prawidłowo wartościująca „aplikacja” aż nazbyt często zawodzi w polityce i dlatego bywa, że tak wielką estymą cieszą się kolesie, którzy z namaszczoną „wielkimi słowami” gębą prowadzą tłumy niewinnych niczemu tzw. zwykłych ludzi na rzeź… Lub przynajmniej wyprowadzają ich w pole.