Mikołaj napisał m.in. tak: „… Chciałbym się dowiedzieć
czy przez to, że zapominam o nadawaniu nowych znaczeń moje wykonania nie
utkwiły w pańskiej pamięci? Jeszcze jedna rzecz – co Pan rozumie przez
utrzymywanie wewnętrznego ruchu mojej muzyki?”
Dawniej, odpisując na podobne zapytania, które dosłownie
sypały się z netu w moją stronę jak przysłowiowe ulęgałki (Pyrus communis), tworzyłem kolejną stronę i zdobiłem ją graficznie,
jak tylko umiałem najlepiej. Dziś z powodzeniem wystarcza mi ten blog.
Kwiatostan gruszy…
Piszę te komentarze jakby do prywatnej Osoby, ale ponieważ nasza
dyskusja dotyczy spraw na tyle ogólnych, że mogą być ciekawe dla innych – piszę
w zasadzie do Wszystkich ewentualnie
Zainteresowanych tematyką, która objawiła się jako czyjś konkretny problem.
A. Jestem głęboko przekonany, że już samo nawet bardzo nieśmiałe
zainteresowanie sztuką mówi o (zrozumcie mnie dobrze) przynajmniej
lekkim odchyleniu od psychicznej „normalności”. Celowo sprowadzam to
zagadnienie aż do tak absurdalnie dziwnego poziomu, żebyśmy sobie dokładniej
uświadomili, najpierw, co uznajemy za normę w stosunku do przeciętnego Zjadacza Chleba; czy nie jest na ogół
tak, że Z. Ch. ma spełniać podstawowe
stawiane człowiekowi zadania życiowe i realizować plany stawiane
przed nim przez niego samego, jego rodzinę oraz całe środowisko: bogobojnie
wzrastać i uczyć się pomnażania majątku, płacić uczciwie podatki i zabiegać o
dobre perspektywy dla – z czasem – własnych dzieci; żeby miały dostatnio
wyposażone własne domy z telewizorem, samochodem w garażu i dobrą pensją na
koncie przynajmniej raz w miesiącu.
A potem, byśmy spróbowali ocenić: czy zainteresowanie Sztuką
może być w jakikolwiek sposób pomocne w takim modelu „zwyczajnego życia”? Czy sztuka nie będzie odrywać Go od tych podstawowych, głównych zadań i zajęć? Zawracać głowy, mącić uczucia i powodować rozmaite
fanaberie? Nie będę pisać odpowiedzi na te pytania! Niech każdy rozważy je w
swym sumieniu i spróbuje poważnie zastanowić się nad nimi.
B. Najwidoczniej, ponieważ Stwórcę najwyraźniej nęciła perspektywa
możliwości upiększenia tego najlepszego ze światów – obok człowieczych „pszczół
robotnic” do życia został powołany cały zastęp szczególnego rodzaju „trutni”… Ich
jedynym zadaniem jest tworzenie piękna wszędzie tam, gdziekolwiek się pojawią i dlatego każdy prawdziwy truteń żeński i męski jest genetycznie przygotowany do zadań,
jakie ma wykonać: freski, meble, obrazy, gobeliny, polichromie, dramaty, opery,
muzyka instrumentalna – tworzenie wszystkiego, co nie ma żadnego zastosowania w życiu
właściwym, za to czego jedynym sensem istnienia jest bycie PIĘKNEM – to ich domena. I tyle. Każdy TAKI truteń z zasady jest przygotowany by tworzyć Piękno tylko w jednej jedynej dziedzinie; wyjątki są niezmiernie
rzadkie. W języku potocznym zamiast nazwy „truteń”, twórców piękna powszechnie
nazywa się artystami.
Bardzo szerokim łukiem zbliżamy się do konkretnych
odpowiedzi na Mikołajowe zapytania; jesteśmy już blisko, coraz bliżej…
C. Na chwileczkę zatrzymajmy się teraz przy jeszcze innej kwestii:
czy bez bezpośredniego zapytania nawet średnio inteligentny człowiek może
uzyskać zupełnie wystarczającą wiedzę o przedmiocie, zjawisku, sprawie, której
aktualnie poświęca się inny człowiek, na której koncentrują się jego myśli i
emocje? Ano, wystarczy poobserwować przez chwilę szachistę skupionego
na grze, albo zapaśnika, który stara się za wszelką cenę pokonać przeciwnika,
albo poetę, który szuka ostatecznie właściwego słowa, niezbędnego by akuratnie wyrazić to, co czuje
serce i przeczuwa głowa…?
Pisał Tuwim:
Pisał Tuwim:
Poezjo! lampo czarnoksięska
I lampo laboratoryjna!
Misterna wraz i misteryjna
Jak ceremoniał nabożeństwa.
O, matematyko anarchii,
Nieubłagana w rozrachunku.
Chemiczko w masce kabalarki,
Trzeźwa szynkarko pijanych trunków.
Znam cię: półnaga, sprośna, bujna,
Pod niebo skoczną bijesz nogą,
Gdy własny cię upoi haszysz
Lecz przedtem, farmaceutko czujna,
W białym fartuchu, z miną srogą,
Każdą dziesiątą uncji zważysz.
Wiem: w planetarnym lunaparku
Jak piłką rzucasz wiecznościami,
Lecz najpierw sprawdzisz każdy kamyk.
Każde kółeczko w swym zegarku.
Tak dwujedyny, Faust z Einsteinem,
Widzenie do probówki bierze,
Pod światło patrzy w gusła tajne,
A liczby stawia na papierze.
Tak mgiełki srebrne i błękitne,
Tak nawałnice snów i buntu
Mierz cyrklem, wagą, logarytmem
I dyscypliną kontrapunktu.
(z Kwiatów polskich…)
(z Kwiatów polskich…)
(Lekko
się czyta i wygląda na to, że Poeta po prostu ot-tak sobie „rzucił na papier” te bogate słowa. Podobnie lekko słucha się muzyki Chopina, ale wyobrażam sobie, że tylko
Bach i Mozart byli w stanie zapisywać muzykę z taką łatwością, z jaką jej
wykonywanie przychodziło np. Józefowi Hofmannowi.)
D. Buonarotti stworzył kilka
tysięcy szkiców do swojej Piety, wiemy – ile poprawiał Proust, Rilke, Tołstoj i inni wielcy. Jedno nie może być
wątpliwe: wszyscy Oni naprawdę pracowali nad osiąganiem bardzo wyraźnego i
oczywistego dla nich celu – maksymalnie widocznego Piękna, niechby w bardzo różnych elementach się przejawiającego, ale przecież piękna. I zaraz musimy dopowiedzieć, że ponieważ muzyka jako Piękno Brzmiące (nie mówimy o zapisie
nutowym) jest sztuką dotyczącą tworzenia Wartości
w Czasie, musi być w Czas stale wtopiona, a jej cechą najbardziej fundamentalną
musi być Ruch – wewnętrzny ruch energii wyobrażanej sobie przez
wykonawcę muzyki, bez czego słuchacz (zobacz: link) na skutek działania rezonansu emocjonalnego zamiast aktywnie uczestniczyć w
procesie tworzenia muzyki w Czasie, będzie pasywnie „istnieć obok”, odczuwać brak akceptacji
i zainteresowania dla tego, co akurat dzieje się na estradzie…
E. Doprawdy
nie sądzę, by ktokolwiek był w stanie „zapomnieć” o konieczności nadawania
znaczeń wykonywanym dźwiękom…! To raczej problem chwilowego kierowania ostrza własnej uwagi na inne elementy w grze. Najlepiej będzie można zrozumieć istotę tego problemu po odsłuchaniu dwu wykonań tego samego utworu. Niby – oba mistrzowskie,
a jednak…
Porównajmy:
Żeby
było łatwiej: zapiszmy na kartce bodaj kilka określeń, które w naszym przekonaniu
najlepiej charakteryzują charakter tego Ronda (z Serenady Haffnerowskiej) i zastanówmy, które z tych dwu wykonań
bliższe jest temu, co wyobrażamy sobie jako ideał…? Jasne, że chodzi nie o
jakiś absolutnie idealnie idealny ideał – tylko o nasz, własny, osobisty. Innego zresztą nigdy
nie poznamy, ale to nie problem, zaś o dalszych aspektach omawianych tu dziś spraw
porozmawiamy choćby jutro – w następnym odcinku tego bloga. Gdyż nie da się wszystkiego powiedzieć naraz i od razu...
Z
najserdeczniejszym pozdrowieniem - sk



