czwartek, 27 lipca 2017

Znaczenie i wartość – dwa spojrzenia na problem dźwięku muzycznego...

Zrozumienie faktu artystycznej nędzy „dźwięków neutralnych emocjonalnie”  w miarę upływu czasu i zdobywania coraz większego doświadczenia nauczycielskiego stało się dla mnie punktem zwrotnym w podejściu do całej mojej pedagogiki (praktycznie) oraz (teoretycznie) chyba w ogóle do wszystkiego, co związane z relacją nauczyciel-uczeń w pracy nad techniką gry na fortepianie.

Na przestrzeni lat miałem wielkie szczęście uczestniczenia w lekcjach prowadzonych  przez wielu mistrzów: od Oborina, Zaka i Milsteina do Baszkirowa, Naumowa i Szafranka; akompaniowałem też m.in. na kursach Valerego Klimowa w Niemczech i Ryszarda Karczykowskiego w Finlandii. Żaden ze wspomnianych tu  pedagogów explicite nie nazywał „po imieniu” tego, do czego ich zajęcia w gruncie rzeczy się sprowadzały i dopiero po latach, postępując ku Prawdzie nieraz bardzo wyboistymi i okrężnymi drogami zacząłem uświadamiać sobie to, o czym tak wyraźnie pisał Neuhaus i co jest dziś dla mnie tak łatwo wyczuwalne jako cantus firmus w pozostawionych przez  Chopina jego Szkicach do Metody

W moim aktualnym rozumieniu sekret racjonalnego uczenia gry nie tylko na fortepianie w głównej mierze zawiera się w sztuce koncentrowania uwagi współpracujących z nami uczniów na najważniejszej dla nas wszystkich kwestii: na nadawaniu NOWYCH i MOŻLIWIE WARTOŚCIOWYCH znaczeń każdemu wydobywanemu dźwiękowi. Oczywiście, ucząc posługiwania się fortepianem jako, przecież, dość skomplikowanym urządzeniem o specyficznej mechanice, musimy zwracać uwagę na sposoby, jakich nasi uczniowie mogą używać do wydobywania dźwięku fortepianowego; mamy wręcz  obowiązek prostowania ich ścieżek w stronę instrumentalnego mistrzostwa lub chociaż profesjonalizmu. Jednak najważniejsze JEST najważniejszym: by osiągnąć artystyczny cel, oni  w pierwszym rzędzie muszą wiedzieć, po co siadają przy fortepianie (lub: do fortepianu). Ich podstawowym zadaniem –  podobnie jak i naszym – jest tworzenie Wartości Muzycznych, czyli nadawanie zapisanym w nutach znakom nikomu wcześniej nieznanych znaczeń, których w żaden sposób żaden kompozytor nie jest w stanie (na szczęście dla naszej wolności artystycznej) wystarczająco dokładnie uwyraźnić w poiwszechnie stosowanym systemie notacji; tego się po prostu nie da zrobić.  

Zadanie to możemy chyba zgodnie z prawdą określić jako proces twórczy…?  Jest ono projektowaniem, poszukiwaniem możliwych znaczeń, porównywaniem uzyskiwanego rezultatu z wyczuwanym intuicyjnie „sensem muzycznym” danego dzieła, odrzucaniem estetycznie niedobrych i  akceptowaniem estetycznie wartościowych znaczeń. Jego realizacja sprawia, że czas uczenia się,  ćwiczenia i w ogóle studiowania zamiast być wypełniony przez  uporczywe powtarzanie tego samego, staje się okresem rzeczywiście twórczych  poszukiwań, autentycznego budowania zaplanowanych przez kompozytora form muzycznych w nowy i – oby (pamiętajmy, że ryzyko pomyłki nigdy nie ginie) artystycznie wartościowy sposób.

                                                         

                                                           Prof. Harry Neuhaus (1888-1964)

Dźwięk muzyczny – każdy, ale fortepianu też… – różni się zdecydowanie od wszelkich innych dźwięków wydobywanych przez człowieka i jego środowisko: tylko bowiem dźwięk muzyczny ma być NOŚNIKIEM MUZYCZNEGO PIĘKNA. Głos każdego mówiącego człowieka bez względu na wypowiadane treści zawiera swoistą aurę, jakby poświatę, jakąś „wartość dodaną”, która sprawia, że słuchając kogoś, kto do nas mówi odczuwamy jakieś emocje: albo radość i zadowolenie, albo niepokój i gorycz, albo – niekiedy i to się zdarza – irytację z powodu odczuwania beztreściowości słyszanego przekazu, jakiejś faktycznie  „zbędnej pustki”, jaka może się pojawiać w miejsce tak zawsze pożądanych pozytywnych emocji.

Niektórzy – np. kształceni w PR politycy – wysilają się bardzo, pragnąc wypowiadane przez siebie nieraz bardzo durne treści zamaskować przez nadanie swoim głosom takich właśnie, sugerujących istnienie czegoś wartościowego „poza” lub „ponad” żenującą pustką wypowiadanych przez siebie bzdur. Owo coś ma legitymizować te ich wystąpienia, być jakąś „wartością dodaną” w postaci atrakcyjnego brzmienia modelowanego własnego głosu… Jedni pokrzykują, inni patetycznie deklamują, jeszcze inni stękają niemal płacząc - nie wiadomo nad czyim losem... 

Biada społeczeństwom, które „udzielają absolutorium” akustycznie wyspecjalizowanym cwaniakom! W sztuce, na szczęście jakoś mocniej działają mechanizmy rezonansu emocjonalnego, w który Stwórca raczył wyposażyć każdego Człowieka jakby po to, by ów umiał oddzielać artystycznie wartościowe ziarno od artystycznie bezwartościowych plew. Niestety, ta na polu sztuki najczęściej prawidłowo wartościująca „aplikacja” aż nazbyt często zawodzi w polityce i dlatego bywa, że tak wielką estymą cieszą się kolesie, którzy z namaszczoną „wielkimi słowami” gębą prowadzą tłumy niewinnych niczemu tzw. zwykłych ludzi na rzeź… Lub przynajmniej wyprowadzają ich w pole. 

                                                                                                         

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz