Zrozumienie faktu artystycznej nędzy „dźwięków
neutralnych emocjonalnie” w miarę upływu
czasu i zdobywania coraz większego doświadczenia nauczycielskiego stało się dla
mnie punktem zwrotnym w podejściu do całej mojej pedagogiki (praktycznie) oraz
(teoretycznie) chyba w ogóle do wszystkiego, co związane z relacją nauczyciel-uczeń w pracy nad techniką gry na fortepianie.
Na przestrzeni lat miałem wielkie szczęście uczestniczenia w lekcjach
prowadzonych przez wielu mistrzów: od Oborina, Zaka
i Milsteina do Baszkirowa, Naumowa i Szafranka; akompaniowałem też m.in. na
kursach Valerego Klimowa w Niemczech i Ryszarda Karczykowskiego w Finlandii. Żaden ze wspomnianych tu pedagogów explicite nie nazywał „po imieniu”
tego, do czego ich zajęcia w gruncie rzeczy się sprowadzały i dopiero po
latach, postępując ku Prawdzie nieraz bardzo wyboistymi i okrężnymi drogami
zacząłem uświadamiać sobie to, o czym tak wyraźnie pisał
Neuhaus i co jest dziś dla mnie tak łatwo wyczuwalne jako cantus firmus w pozostawionych przez Chopina jego Szkicach do Metody…
W moim aktualnym rozumieniu sekret racjonalnego
uczenia gry nie tylko na fortepianie w głównej mierze zawiera się w sztuce koncentrowania uwagi
współpracujących z nami uczniów na najważniejszej dla nas wszystkich kwestii: na nadawaniu NOWYCH i MOŻLIWIE WARTOŚCIOWYCH znaczeń każdemu wydobywanemu
dźwiękowi. Oczywiście, ucząc posługiwania się fortepianem jako, przecież, dość skomplikowanym urządzeniem o specyficznej mechanice, musimy
zwracać uwagę na sposoby, jakich nasi uczniowie mogą używać do wydobywania
dźwięku fortepianowego; mamy wręcz obowiązek
prostowania ich ścieżek w stronę instrumentalnego mistrzostwa lub chociaż
profesjonalizmu. Jednak najważniejsze JEST najważniejszym: by osiągnąć artystyczny cel, oni w pierwszym rzędzie muszą
wiedzieć, po co siadają przy fortepianie (lub: do fortepianu). Ich podstawowym zadaniem – podobnie jak i naszym – jest tworzenie Wartości Muzycznych, czyli nadawanie zapisanym w nutach znakom nikomu wcześniej nieznanych znaczeń, których w żaden sposób żaden kompozytor
nie jest w stanie (na szczęście dla naszej wolności artystycznej) wystarczająco dokładnie uwyraźnić w poiwszechnie stosowanym systemie notacji; tego się po prostu nie da zrobić.
Zadanie to możemy chyba zgodnie z prawdą określić
jako proces twórczy…? Jest ono projektowaniem,
poszukiwaniem możliwych znaczeń, porównywaniem uzyskiwanego rezultatu z
wyczuwanym intuicyjnie „sensem muzycznym” danego dzieła, odrzucaniem estetycznie niedobrych i akceptowaniem estetycznie wartościowych znaczeń. Jego realizacja sprawia, że czas
uczenia się, ćwiczenia i w ogóle studiowania zamiast być wypełniony przez uporczywe powtarzanie tego samego, staje się okresem rzeczywiście twórczych poszukiwań, autentycznego budowania zaplanowanych
przez kompozytora form muzycznych w nowy i – oby (pamiętajmy, że ryzyko pomyłki
nigdy nie ginie) artystycznie wartościowy sposób.
Prof. Harry Neuhaus (1888-1964)
Dźwięk muzyczny – każdy, ale fortepianu też… – różni się
zdecydowanie od wszelkich innych dźwięków wydobywanych przez człowieka i jego środowisko:
tylko bowiem dźwięk muzyczny ma być NOŚNIKIEM
MUZYCZNEGO PIĘKNA. Głos każdego mówiącego człowieka bez względu na wypowiadane treści
zawiera swoistą aurę, jakby poświatę, jakąś „wartość dodaną”, która sprawia, że
słuchając kogoś, kto do nas mówi odczuwamy jakieś emocje: albo radość i zadowolenie, albo
niepokój i gorycz, albo – niekiedy i to się zdarza – irytację z powodu
odczuwania beztreściowości słyszanego przekazu, jakiejś faktycznie „zbędnej pustki”, jaka może się pojawiać w miejsce tak zawsze pożądanych pozytywnych
emocji.
Niektórzy – np. kształceni w PR politycy – wysilają się
bardzo, pragnąc wypowiadane przez siebie nieraz bardzo durne treści zamaskować
przez nadanie swoim głosom takich właśnie, sugerujących istnienie czegoś wartościowego „poza” lub „ponad”
żenującą pustką wypowiadanych przez siebie bzdur. Owo coś ma legitymizować te ich wystąpienia, być jakąś „wartością dodaną” w postaci atrakcyjnego brzmienia modelowanego własnego głosu… Jedni pokrzykują, inni patetycznie deklamują, jeszcze inni stękają niemal płacząc - nie wiadomo nad czyim losem...
Biada społeczeństwom, które „udzielają absolutorium” akustycznie
wyspecjalizowanym cwaniakom! W sztuce, na szczęście jakoś mocniej działają mechanizmy rezonansu
emocjonalnego, w który Stwórca raczył wyposażyć każdego Człowieka jakby po to,
by ów umiał oddzielać artystycznie wartościowe ziarno od artystycznie
bezwartościowych plew. Niestety, ta na polu sztuki najczęściej prawidłowo wartościująca „aplikacja”
aż nazbyt często zawodzi w polityce i dlatego bywa, że tak wielką estymą cieszą się kolesie, którzy z namaszczoną „wielkimi słowami” gębą prowadzą tłumy
niewinnych niczemu tzw. zwykłych ludzi na rzeź… Lub przynajmniej wyprowadzają ich w pole. 

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz