poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Więcej...! Byle - lepiej...!


Możemy sobie wyobrazić, że w pierwszej i kolejnych latach tzw. szkoły podstawowej  dzieci poznają po dwie litery na półrocze  to z języka ojczystego. Natomiast z matematyki też w podobnym tempie, żeby tę wiedzę najrzetelniej ugruntować, przedstawiane są dzieciom najwyżej dwa zjawiska na semestr: jak dzielą przez 2 to zajmują się tym przez półrocze i tylko w zakresie 1 20, a potem od 21 40, a w piątej klasie to już PRZEKRACZA setkę…! Na maturze więc śmigają w tych podstawowych działaniach od 0 do tysiąca w lewo i prawo i mogą brać udział w każdych gminnych zawodach na terenie tzw. Małej Europy co w Kielcach oznacza obszar  od Opoczna do Ostrowca Świętokrzyskiego i od podradomskiej gminy Kowala na północy aż do granicy powiatu miechowskiego na południu. Jest gdzie i z kim powalczyć radia lokalne oraz inne media zapatrzone w lokalność będą grzmiały od zachwytów i zawsze dla nas pozytywnych porównań.

W ramach międzywojewódzkiej współpracy oraz ponadpowiatowego poradnictwa metodycznego zostałem dziś zupełnie przypadkowo zapoznany z dotychczas mało mi znaną praktyką muzyczno-szkolną, zgodnie z którą z zasady, począwszy od klas trzecich PSM I stopnia (trzeci rok nauczania gry na fortepianie), na ogół (nie mówię, że to zabobon wiążący 100% przypadków, bo znam nader szczytne wyjątki) w ciągu roku szkolnego opracowuje się z wielką pieczołowitością  dokładnie dwa komplety programowe składające się po jednym na półrocze:  a) utworze Bacha lub innego polifonisty, b) jednej etiudzie, c) jednej części  sonatiny (jednego ronda lub klasycznych wariacji) oraz d) jednego tzw. utworu dowolnego. Gamy i pasaże oraz kadencje grywa się tylko od wielkiego dzwonu na jakieś doroczne przesłuchanie, a gra a vista  po prostu nie istnieje jako punkt planu pracy. Nie wałkuje się planowo znajomości żadnych muzycznych pojęć i się (brzydko mówiąc) wypina na wszystko, co bodaj trąci teorią

Dzięki temu umysły dziewcząt i chłopców nadal pozostają czyste, wolne od jakichkolwiek obciążeń i w ogóle niczym nie skażone Zero zdziwień, marzeń żadnych; nie ma granic ZAKOŃCZONY! Proszę sobie tylko uświadomić: przez ok 17 tygodni pracy w każdym półroczu SZLIFUJE się dwa razy, tydzień w tydzień to samo, czyli owe cztery utwory - choć minima programowe zatwierdzone przez Ministerstwo zakładają zgoła inne kwantum repertuarowe, ale kogo to obchodzi skoro zakłada się, że uczeń I TAK nie da rady

                                                                           


Ziejąca z tego modelu pracy nuda, jak się zdaje, nikogo nie przeraża ani nikomu nawet nie wpada w oko jako coś, co by w końcu domagało się zmiany Czekajmy i my? Zapytam przecież: niby na co oraz w  imię czego?

Jako antytezę chciałbym przedstawić kompletnie odmienny wariant: studia Józia Hofmanna (wówczas mieszkającego w Berlinie) u Antona Rubinsteina (wówczas przebywającego w Petersburgu). Mistrz nawet sobie nie wyobrażał możliwości by na kolejnych dwu lekcjach pracować nad TYM SAMYM  repertuarem to było niejako z zasady nieakceptowalne. Wiem, znam, rozumiem aktualnie zapewne w żadnej z naszych Szkół nie uczy się Ktoś o skali talentu porównywalnej do geniuszu J. Hofmanna i dlatego uczynione przed chwilą odwołanie jest pozbawione sensu?! Czy jednak  do końca?


Jestem pewien, że nie! Bo? Bo, bez względu na postrzegany poziom wrodzonych, niechby najbardziej ograniczonych muzycznych zdolności naszych Uczniów, nie mamy prawa z urzędu zadecydować, że ich możliwości rozwoju są żadne i w związku z tym każda praca nad ich rozwojem jest bez sensu! Mamy piękny obowiązek nie tracenia nadziei i ustawicznego trwania na niezatracalnym stanowisku i pozycji Tych, którzy do końca WIERZĄ w możliwość uzyskania rzeczywistego rozwoju i postępu. 

Do czego drogą jest zarówno rzetelna (co wcale nie ma oznaczać, że  nieprzyjemna) praca nad tzw. podstawami rzemiosła, jak formowanie świadomości artystycznej i mobilizacja do twórczej postawy wobec studiowanej muzyki nawet na absolutnie wstępnych etapach kształcenia. Za fantastycznie pomocne w tej pracy jak sądzę na podstawie blisko 50 lat uczenia (zaczynałem w 1969 roku, formalnie, a praktycznie, co najmniej kilka lat wcześniej) uznaję przyjęcie za pewnik, także, następującej charakterystyki Dźwięku Muzycznego, dzięki której nasza i naszych uczniów uwaga zostanie skierowana na artystycznie pożyteczne tory:

Dźwięk muzyczny posiada takie oto cechy: 1) wysokość, 2) czas trwania, 3) dynamikę    oraz    4) barwę, 5) znaczenie i 6) wewnętrzną ruchomość.

Pierwsze trzy cechy są oczywiste i nie wymagają szerszego komentarza. Warto jednak zwrócić uwagę na to, że kompozytorzy de facto są w stanie dokładnie wyznaczyć jedynie cechę Pierwszą: wysokość. Tylko ta jedna cecha nie musi być przez nas interpretowana i formowana! Ją określają do końca nuty. Natomiast już czas trwania i dynamika w bardzo znacznym stopniu muszą być doprecyzowywane przez wykonawcę. Barwę dźwięku kompozytor może zasugerować tylko bardzo szkicowo, podobnie znaczenie (koloryt emocjonalny mówiący o tzw. treści muzycznej). Za cechę szóstą, która faktycznie decyduje o muzycznej akceptowalności i atrakcyjności uzyskiwanego brzmienia, jedynie wykonawca ponosi całkowitą odpowiedzialność.

Jej brak odczuwany jako martwota dźwięku dosłownie ukatrupia wykonanie i sprawia, że staje się ono jakby grą robota. Ożywienie każdego dźwięku jest podstawą odczuwania gry jako artystycznie interesującego zjawiska. Oczywiście, bardzo wiele dodatkowych warunków musi być spełnionych aby muzyczny wysiłek wykonawcy mógł być uznany za  sukces; jednak odczucie autentycznego ruchu muzycznej energii wewnątrz każdego dźwięku stanowi w moim przekonaniu absolutnie podstawowy warunek, bez spełnienia którego nie może być mowy o pozytywnej ocenie jakości dowolnego grania.

Niewątpliwie, nie raz jeszcze ten wątek będzie tu przedmiotem naszych rozważąń; na dziś spróbujmy zastanowić się nad pierwszym szkicem tego tematu porównując  Larghetto  z  Koncertu f moll Chopina,  Andaluzę  Granadosa oraz  Introdukcję i Rondo capriccioso  Saint-Saënsa w trzech doprawdy arcymistrzowskich wykonaniach!


https://www.youtube.com/watch?v=0Yj0fbjKA0Y A. Benedetti-Michelangeli


piątek, 21 kwietnia 2017

20.4.2017 - dyplomy w OSM II st. w Kielcach; Kamil i Reszta vs Psychologia...


Mieliśmy dzisiaj (20.4.2017) wieczorem piękne święto w naszym ZPSM im. L. Różyckiego w Kielcach: po skrzypkach, ok 16.30 do Sali Koncertowej dostali się pianiści Marcin Pakuła, absolwent Pani Alicji Liskowackiej, grająca dzisiaj tylko część dyplomu Eliza Zapalska (uczennica Pani Jolanty Płoskiej) oraz Kamil Pacholec, wychowanek Pani Małgorzaty Kowalskiej, laureat trudno policzalnej ilości konkursów, przesłuchań, przeglądów i Festiwali, zdobywca wielu Grand Prix, nagradzany międzynarodowo itd., itp., wybitnie utalentowany Młody Artysta. 

Z całym uszanowaniem dla Innych Jego recital musimy najsprawiedliwiej w świecie określić jako poważnie znaczące i od dawna oczekiwane wydarzenie artystyczne w naszej Szkole, w której (co warte podkreślenia) niepośledniej klasy produkcje artystyczne od lat już bywają słuchane nieomal na codzień, dzięki pełnym rozmachu wizjom naszego Dyrektora, Pana Artura Jaronia. Szkoła żyje bardzo wartościową muzyką bez najmniejszej przesady. I tworzy ją w doprawdy szerokim znaczeniu.

Program dyplomu Marcina był bardzo bogaty: oprócz Bacha, Beethovena, Etiud Chopina i Chaminade, utworów Statkowskiego i Kisielewskiego, a także  I części  Koncertu  d moll Mozarta (akompaniował Pan Łukasz Woś) usłyszeliśmy dwie części Tria d moll  A. Areńskiego pięknego i bardzo pięknie dziś zagranego przez Marcina z udziałem dwu Koleżanek (Zuzi Gajos skrzypce oraz Martyny Pasierbek   wiolonczela). Jednak mimo wszystko mocno wypełniona sala najbardziej oczekiwała występu Kamila Pacholca, którego fanem też jestem od dobrych już kilku lat. Występ Elizy Zapalskiej (akompaniował dr Andrzej Ślązak) był dziś ograniczony do I części Koncertu g moll Mendelssohna.


                                                             Nagrywanie nowej płyty


Program Kamila składał się z Ballady g moll  i 5 etiud z 25 opusu F. Chopina (nr 7, 8, 9, 10, 11) oraz I Sonaty op. 1 Johannesa Brahmsa. Wręcz nie wypadało oczekiwać, że tak utytułowany pianista będzie na swym pierwszym poważniejszym egzaminie powielać szkolne rytuały z jakąś fugą i preludium Bacha, sonatą klasyczną, jakimś impresjonistą etc., etc. Poczuliśmy jakby powiew wielkiego świata (przed Kamilem wkrótce występy w USA i gdzieś w Europie Zachodniej) już w samym doborze dyplomowego repertuaru, ale nie tylko szczególnie Sonata op. 1 Brahmsa zalśniła kolorami i wręcz pełnią instrumentalno-artystycznego blasku.  Etiudy, w zasadzie, mogły były zadowolić najwybredniejszą konkursową publikę. Ballada g moll też, nawet w minimalnym procencie nie przekraczała w swych niebanalnych trudnościach granic pianistycznych możliwości Solisty.

Pewien drobny psychologiczny niedosyt odczułem jednak na sam koniec:  sala nawet nie drgnęła, aby wstać, a i aplauz choć początkowo był akceptowalnie burzliwy, dość szybko ucichł po pierwszym powtórnym ukazaniu się Solisty. Czegoś przecież tym licznie zgromadzonym ludziom  zabrakło za co chcieliby i mogli oklaskami  podziękować… Niby, wszystko było na swoim miejscu: precyzyjne i dokładne i zgodne z literą kompozytorskiego zapisu. Więc o co chodzi?

Sprawa jest w moim pojęciu dość prosta: nie wystarczy samemu być zafascynowanym muzyczną zawartością prezentowanego dzieła ludzie oczekują od Artysty na Estradzie w szczególnym wymiarze tego, co odróżnia nas od siebie i czyni jednych z nas bardziej atrakcyjnymi od drugich; to jest też dokładnie to samo, co odróżnia doskonałe opanowanie systemów IT od oszałamiającego popisu rozwiązań z tzw. najwyższej półki ludzie nawet najgłębiej nieświadomie oceniający dowolne zjawisko artystyczne (a takich jest najwięcej) w gruncie rzeczy szukają w przedmiocie artystycznym tego samego co najbardziej wybredni koneserzy: szukają magii, możliwości zachłyśnięcia się” absolutnie do dna (wybaczcie dobór słów, ale musimy mówić prawdę) haustem estetycznej rozkoszy bez granic. Podziwiać można piękne i wspaniałe auto takie, powiedzmy XC90 T8... ale  dla szukającego MUZYKI człowieka, który przyszedł akurat na koncert, urok tego świetnego modelu szybko stanie się wręcz codzienny w zestawieniu z siłą wyrazu np. takiego wykonania:  https://www.youtube.com/watch?v=VEfPhW8cIRI  

Bo? Bo w zetknięciu z wyrobem przemysłowym trudno mówić o wrażeniu zetknięcia się z jakąś Wyjątkową Tajemnicą, o przekraczaniu granic zwykłego ludzkiego doświadczenia czego dostarcza kontakt z wielką sztuką, o ile dostarcza. Kilkakrotnie słyszałem na żywo wielkiego Światosława Richtera (proszę zerknąć na jego dyskografię http://www.trovar.com/str/discs/ ; I Sonatę Brahmsa nagrał sześciokrotnie, m.in. dla wytwórni Decca, RCA i Philips) i nigdy nie było to spotkanie z jego pianistyką at its best natomiast raz jeden słyszałem E. Mogilewskiego (1989, Katowice, z orkiestrą FN, S. Wisłocki) w III Koncercie Rachmaninowa i do dziś nie zapomniałem ani joty z tego absolutnie genialnego wykonania.

Pracując nad utworem, choć to na swój sposób jakby nieetyczne, artysta niekiedy skazany jest na branie pod uwagę okoliczności, w jakich ma go zaprezentować…? Reprezentując jednak już pewien wystarczająco wysoki poziom i mając jakąś renomę, myślę, że mógłby pokusić się o owo legendarne więcej (w poprzednim tekście chyba wspomniałem I. Loyolę i jego MAGIS), zapomnieć, że wykonanie będzie akurat miało miejsce w jakimś tu i teraz i poszukać autentycznie własnej niepowtarzalnej muzycznej "twarzy" w studiowanym utworze.

W tej wyższej i najciekawszej fazie pracy nad muzyką musi pojawić się należące do domeny psychologii pytanie o rzeczywistą tożsamość emocjonalno-duchową każdego dźwięku, motywu i frazy: jakie DLA MNIE (tylko dla mnie!) jest rzeczywiste znaczenie, przesłanie, teza, sens, wyraz ze względu na który ten akurat, a nie inny dźwięk znalazł się na swoim miejscu w utworze? W 2005 roku po raz ostatni aktualizowałem ten krótki fragment dotyczący rezonansu emocjonalnego widzę, że nic nie stracił na aktualności i dzisiaj: http://www.chopin.strefa.pl/rezonansp.html

Sprawa jest zasadniczej wagi, bo jeśli muzyk-wykonawca nie zrealizuje najważniejszej części jego pracy, to jest nie nada każdemu dźwiękowi nowego i wartościowego kolorytu i znaczenia, zachodzi obawa, że pewne segmenty granych utworów pozostaną nie do końca zrozumiałe dla słuchaczy, których istnienie i estetyczny dobrobyt nie zapominajmy o tym dla każdego wykonawcy mogą być niezwykle istotnym (także materialnie) fundamentem jego ziemskiego bytowania. I jeśli gdziekolwiek, to właśnie na tym polu   przekazu estetycznie fascynującego obrazu znaczeń muzycznych dostrzegam zresztą nie tylko u Kamila P. wybitnie perspektywiczne pole nowych zainteresowań i bogatych artystycznych odkryć.

Życzmy tego samego Wszystkim naszym Dyplomantom oraz także Uczniom oraz nam samym, którzy ciągle jeszcze mamy nadzieję na znalezienie naszego jedynego, wspaniałego i cudownego muzycznego Graala!


Z najserdeczniejszymi pozdrowieniami i Najlepszymi Życzeniami na przyszłość