Mieliśmy dzisiaj (20.4.2017) wieczorem piękne święto w naszym ZPSM im. L. Różyckiego w Kielcach: po skrzypkach, ok 16.30 do
Sali Koncertowej dostali się pianiści – Marcin Pakuła, absolwent Pani Alicji Liskowackiej, grająca dzisiaj tylko część dyplomu Eliza Zapalska (uczennica Pani Jolanty Płoskiej) oraz Kamil Pacholec, wychowanek Pani Małgorzaty Kowalskiej, laureat trudno policzalnej ilości konkursów, przesłuchań, przeglądów i Festiwali, zdobywca
wielu Grand Prix, nagradzany międzynarodowo itd., itp.,
wybitnie utalentowany Młody Artysta.
Z całym uszanowaniem dla Innych – Jego recital musimy najsprawiedliwiej w świecie określić jako poważnie znaczące i od dawna oczekiwane wydarzenie artystyczne w naszej Szkole, w której (co warte podkreślenia) niepośledniej klasy produkcje artystyczne od lat już bywają słuchane nieomal na codzień, dzięki pełnym rozmachu wizjom naszego Dyrektora, Pana Artura
Jaronia. Szkoła żyje bardzo wartościową muzyką – bez najmniejszej przesady. I tworzy ją w doprawdy szerokim
znaczeniu.
Program dyplomu
Marcina był bardzo bogaty: oprócz Bacha, Beethovena, Etiud Chopina i Chaminade, utworów Statkowskiego i Kisielewskiego, a także I części Koncertu d moll Mozarta (akompaniował Pan Łukasz Woś) usłyszeliśmy dwie części Tria d moll A. Areńskiego – pięknego i bardzo pięknie dziś zagranego przez Marcina z udziałem dwu Koleżanek (Zuzi Gajos – skrzypce oraz Martyny Pasierbek – wiolonczela). Jednak mimo
wszystko mocno wypełniona sala najbardziej
oczekiwała występu Kamila Pacholca, którego fanem też jestem od dobrych już kilku lat. Występ Elizy Zapalskiej (akompaniował dr Andrzej Ślązak) był dziś ograniczony do I części Koncertu
g moll Mendelssohna.
Nagrywanie nowej
płyty…
Program Kamila składał się z Ballady g
moll i 5 etiud z 25 opusu F. Chopina
(nr 7, 8, 9, 10, 11) oraz I Sonaty
op. 1 Johannesa Brahmsa. Wręcz nie wypadało oczekiwać, że tak utytułowany pianista będzie na swym pierwszym poważniejszym egzaminie powielać szkolne rytuały – z jakąś fugą i preludium Bacha,
sonatą klasyczną, jakimś impresjonistą etc., etc. Poczuliśmy jakby powiew „wielkiego świata” (przed Kamilem wkrótce występy w USA i gdzieś w Europie Zachodniej)
już w samym doborze dyplomowego repertuaru,
ale nie tylko – szczególnie Sonata
op. 1 Brahmsa zalśniła kolorami i wręcz pełnią instrumentalno-artystycznego blasku. Etiudy, w zasadzie, mogły były zadowolić najwybredniejszą konkursową publikę. Ballada g moll też, nawet w minimalnym procencie nie przekraczała w swych niebanalnych trudnościach granic pianistycznych możliwości Solisty.
Pewien drobny
psychologiczny niedosyt odczułem jednak na sam
koniec: sala nawet nie drgnęła, aby wstać, a i aplauz choć początkowo był akceptowalnie burzliwy, dość szybko ucichł po pierwszym powtórnym ukazaniu się Solisty. Czegoś przecież tym licznie zgromadzonym ludziom
zabrakło – za co chcieliby i mogli oklaskami podziękować… Niby, wszystko było „na swoim miejscu”: precyzyjne i dokładne i zgodne z literą kompozytorskiego zapisu. Więc o co chodzi?
Sprawa jest w moim pojęciu dość prosta: nie wystarczy samemu być zafascynowanym muzyczną zawartością prezentowanego dzieła – ludzie oczekują od Artysty na
Estradzie w szczególnym wymiarze tego, co
odróżnia nas od siebie i czyni jednych z nas
bardziej atrakcyjnymi od drugich; to jest też dokładnie to samo, co odróżnia doskonałe opanowanie systemów IT od oszałamiającego popisu rozwiązań z tzw. najwyższej półki – ludzie nawet najgłębiej nieświadomie oceniający dowolne zjawisko
artystyczne (a takich jest najwięcej) w gruncie rzeczy szukają w przedmiocie
artystycznym tego samego co najbardziej wybredni koneserzy: szukają magii, możliwości „zachłyśnięcia się” absolutnie do dna (wybaczcie dobór słów, ale musimy mówić prawdę) haustem estetycznej rozkoszy bez granic. Podziwiać można piękne i wspaniałe auto – takie, powiedzmy XC90 T8... – ale dla szukającego MUZYKI człowieka, który przyszedł akurat na koncert, urok
tego świetnego modelu szybko
stanie się wręcz codzienny w zestawieniu z siłą wyrazu np. takiego wykonania: https://www.youtube.com/watch?v=VEfPhW8cIRI
Bo? Bo w zetknięciu z wyrobem przemysłowym trudno mówić o wrażeniu zetknięcia się z jakąś Wyjątkową Tajemnicą, o przekraczaniu granic zwykłego ludzkiego doświadczenia – czego dostarcza kontakt z wielką sztuką, o ile dostarcza.
Kilkakrotnie słyszałem na żywo wielkiego Światosława Richtera (proszę zerknąć na jego dyskografię http://www.trovar.com/str/discs/ ; I Sonatę Brahmsa nagrał sześciokrotnie, m.in. dla
wytwórni Decca, RCA i Philips) i nigdy nie było to spotkanie z jego pianistyką „at its best” – natomiast raz jeden słyszałem E. Mogilewskiego
(1989, Katowice, z orkiestrą FN, S. Wisłocki) w III
Koncercie Rachmaninowa i do dziś nie zapomniałem ani joty z tego
absolutnie genialnego wykonania.
Pracując nad utworem, choć to na swój sposób jakby nieetyczne, artysta
niekiedy skazany jest na branie pod uwagę okoliczności, w jakich ma go
zaprezentować…? Reprezentując jednak już pewien wystarczająco wysoki poziom i mając jakąś renomę, myślę, że mógłby pokusić się o owo legendarne „więcej” (w poprzednim tekście chyba wspomniałem I. Loyolę i jego MAGIS…), zapomnieć, że wykonanie będzie akurat miało miejsce w jakimś „tu i teraz” i poszukać autentycznie własnej niepowtarzalnej muzycznej "twarzy" w studiowanym utworze.
W tej wyższej i najciekawszej fazie pracy nad muzyką musi pojawić się należące do domeny psychologii pytanie o
rzeczywistą tożsamość emocjonalno-duchową każdego dźwięku, motywu i frazy:
jakie DLA MNIE (tylko dla mnie!) jest rzeczywiste znaczenie, przesłanie, teza, sens, wyraz – ze względu na który ten akurat, a nie
inny dźwięk znalazł się na swoim miejscu w
utworze…? W 2005 roku po raz
ostatni aktualizowałem ten krótki fragment dotyczący rezonansu emocjonalnego – widzę, że nic nie stracił na aktualności i dzisiaj: http://www.chopin.strefa.pl/rezonansp.html
Sprawa jest
zasadniczej wagi, bo jeśli muzyk-wykonawca nie
zrealizuje najważniejszej części jego pracy, to jest – nie nada każdemu dźwiękowi nowego i wartościowego kolorytu i znaczenia, zachodzi obawa, że pewne segmenty granych utworów pozostaną nie do końca zrozumiałe dla słuchaczy, których istnienie i
estetyczny dobrobyt – nie zapominajmy o tym – dla każdego wykonawcy mogą być niezwykle istotnym (także materialnie) fundamentem jego ziemskiego
bytowania. I jeśli gdziekolwiek, to właśnie na tym polu – „przekazu estetycznie fascynującego obrazu znaczeń muzycznych” dostrzegam – zresztą nie tylko u Kamila P. – wybitnie perspektywiczne pole nowych zainteresowań i bogatych artystycznych odkryć.
Życzmy tego samego
Wszystkim naszym Dyplomantom oraz także Uczniom oraz nam samym, którzy ciągle jeszcze mamy nadzieję na znalezienie naszego jedynego, wspaniałego i cudownego muzycznego Graala…!
Z najserdeczniejszymi
pozdrowieniami i Najlepszymi Życzeniami na przyszłość!


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz