Jeśli Encyklopedia (Wiki) tłumaczy te przeciwieństwa (o których teraz chcę tu pisać) akurat tak:
„Typowym przykładem gospodarki ekstensywnej była gospodarka Związku Radzieckiego.”
Oraz:
„Przeciwieństwem gospodarki ekstensywnej jest gospodarka intensywna, którą cechuje innowacyjność i rozwijanie się dzięki obniżaniu kosztów surowców i kosztów pracy (wydajność pracy).”
To, w zasadzie, niemal nie ma sensu pisać dalej – chyba, że jesteśmy zwolennikami radzieckiej ekonomii i gospodarki i nie dostrzegamy w jej charakterystyce niczego, co by można poddać poważniejszej krytyce czy choćby podać w wątpliwość…?
Podczas ponad dwudziestoletniego mego pobytu w Finlandii i pracy z tamtejszą, niekiedy nawet wybitnie utalentowaną młodzieżą, największą zmorą dla mnie były ich, moich uczniów liczne „harrastukset” – czyli (nadal nie po polsku) hobbies, a szczególnie to, że wszystkie one typowe zabijacze czasu istotnie nie były niczym innym, jak tylko sposobami łagodnie spokojnego przepuszczania przez palce strumieni czasu; oprócz powolnego sprzyjania (teza nie do potwierdzenia ani zaprzeczenia; nikogo to chyba poważnie nie interesuje) „ogólnemu rozwojowi” w kompletnie niekoniecznych dla dzieci i młodzieży sferach nie dawały im one niczego szczególnego, za to równocześnie w sposób idealny uniemożliwiały bardziej intensywne skupienie się nad czymkolwiek , co ewentualnie mogłoby w przyszłości wpłynąć na poprawienie jakości ich życia lub nawet zadecydować o wyborze studiów lub nawet – drogi życia.
Dzięki moim wieloletnim studiom już nie tylko nad Metodą Chopina, ale i szerzej: nad warunkami decydującymi o życiowym i artystycznym powodzeniu w pianistyce – wiem, że nie istnieje żadna metoda pracy, która sama z siebie, jak jakaś cudowna tabletka, zastrzyk albo syrop dawałaby gwarancję sukcesu adeptowi stosującemu ją 2, 3 lub nawet 5 razy dziennie po np. 5 minut... Takich cudów nie ma.
Dobra, skuteczna metoda pracy, to taki system, który faktycznie powoduje, że stosujący go uczeń-student znacznie szybciej osiąga postępy od innych uczniów-studentów o zbliżonym poziomie uzdolnień muzycznych i instrumentalnych, ale pracujących wedle innych zasad i założeń. Że jego występy na estradzie spotykają się z wyższymi ocenami i silniej pozytywnie reaguje na nie publiczność. Że taki KTOŚ czuje się w związku z tym bardziej „dowartościowany” i jego życie toczy się lepiej, łatwiej i bardziej radośnie.
Wszystkie te pozytywne aspekty DOBREJ PRACY jednak biorą w łeb, stają się własnym zaprzeczeniem lub nawet karykaturą, gdy w miejsce DOBREJ PRACY zaczynamy mieć do czynienia z jej tylko lichymi namiastkami, stosowanie których wymusza „radziecki model ekstensywnego gospodarowania" – także, CZASEM” – zresztą kompletnie nieznany w życiu rosyjskich/radzieckich muzyków, którzy dzięki ich mrówczej i mądrej, metodycznie wręcz doskonałej pracy zawojowali niemal cały świat, z USA, Niemcami i Chinami na czele. Zdaniem wielu muzyków (przykładem także Lang Lang) czas młodości musi być wyjątkowo intensywnie wykorzystany, o ile w miejsce „ogólnie” (czytaj: po łebkach…) wyedukowanego i rozwiniętego młodego człowieka chcielibyśmy mieć swego rodzaju Młodego Mistrza o profesjonalnej technice w reprezentowanym przezeń rodzaju sztuki; człowieka świadomego swego warsztatu i rozumiejącego artystyczny sens i znaczenie wykonywanej muzyki (sorry, ale czytasz aktualnie bloga pedagoga-pianisty przeznaczonego głównie dla pianistów in spe).
Rozmawiałem dziś telefonicznie z Mamą jednego z moich najzdolniejszych Młodych, którymi się kiedykolwiek w taki czy inny sposób opiekowałem. Celowo, z myślą o aktualnie pisanym tekście, zapytałem o podział Jego (…!) czasu wolnego: klasa IV PSM I stopnia? W dzień szkolny – to 2 godziny przy fortepianie, a w weekend – do 6 godzin dziennie, oczywiście z przerwami.
Dodam, że równocześnie On zdobywa ogólnopolskie mistrzowskie tytuły w jakiejś dziedzinie sportu, uprawianej „gdy czas pozwoli” – natomiast nigdy kosztem fortepianu. Bo cóż z tego, że będziemy tygodniowo równomiernie poświęcać po 2 godziny na pięć czy sześć różnych form aktywności, skoro tzw. Przedmiot Główny w szkole muzycznej ciągle będzie niedożywiony, niewyspany, z alergicznymi wysypkami, pryszczami na nosie i anemią w tle…
Św. Ignacy Loyola, którego „Ćwiczenia duchowne” powinien przeczytać (krótkie są, to kilkadziesiąt stron tekstu) każdy rodzic i pedagog, za swoje duchowe zawołanie wybrał MAGIS (WIĘCEJ) – więcej brzmienia chciał móc wydobywać z organów także J. S. Bach. Czy to dziwne, że zamiast w spokojnie zrównoważony sposób godzić się na przeciętną nijakość, marzy się nam coś ponadprzeciętnego? Czy to źle?
Ale, ponieważ bez pracy nie ma kołaczy, uwierzmy w wartość i bezwzględnie wielkie znaczenie mądrego – okresami nawet bardzo intensywnego wysiłku! Jeżeli nie jesteśmy w stanie takiego wysiłku podjąć, nie dziwmy się, że będą nas spotykały wyłącznie niepowodzenia, których dodatkową „wartością dodaną” musi stać się wybitnie przykra psychiczna zgaga, taki moralny kac.
Po cóż nam te wątpliwe przyjemności?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz