czwartek, 30 marca 2017

Metafizyka werbla - plus...


Chyba gdzieś przed 10 - może 15 laty na którymś z kanałów satelitarnych podziwiałem występy najwybitniejszych muzyków ludowych z całego świata. Było to tak fascynujące zajęcie, że skończyłem pewnie w okolicach 4-ej nad ranem; TV była węgierska, nie rozumiałem ani słowa - ale co tu było rozumieć? Wystarczyło podziwiać.

Największe wrażenie zrobili na mnie: muzyk z Kazachstanu grający na ogromnym gongu, gdzie - prawda - zero melodii, ale...!  I węgierscy cymbaliści, dzięki którym uświadomiłem sobie, co znaczą "inspiracje muzyką ludową" w twórczości F. Liszta - zresztą - nie tyle w sensie kompozycji, ile  TECHNIKI wykonawczej. To, co ci ludzie wydobywali ze swoich instrumentów przy pomocy dwóch pałeczek sprawiało, że wszelki ultrawirtuozowski pianizm Etiud transcendentalnych i Rapsodii węgierskich  szybko bladł i jakby usuwał się w cień.

Dzisiejszy wieczorny występ w Sali Koncertowej kieleckiej Filharmonii Świętokrzyskiej stał się dla mnie wydarzeniem, którego również - jak tamtego nocnego koncertu z Węgier - nigdy nie zapomnę. Wcale nie chodzi o to, że biorący w nim udział młody radomski Muzyk, nadal uczeń tamtejszego Zespołu Szkół Muzycznych im. O. Kolberga w popisowym Three (McIntosh) dokonywał istnych cudów estradowej perkusyjnej ekwilibrystyki - pal sześć...! Takie rzeczy można sobie wyobrazić jako realne i dla manualnie zdolnych - wyćwiczalne elementy muzycznego popisu. Chodzi o coś znacznie więcej: oto nagle mi sie pomyślało, że tak emocjonalnie bogate estradowe muzykowanie mogłoby z powodzeniem wypełnić cały wieczór - na przykład. Znamy recitale fortepianowe, skrzypcowe czy śpiewacze, ale kto byłby skłonny przez 2 godziny słuchać perkusisty?

Teraz wiem, że można TAKIEJ MUZYKI słuchać i znacznie dłużej - jednak pod warunkiem, że to właśnie jest TAKA MUZYKA.

Kilka lat temu w wielkiej sali Filharmonii w Petersburgu nie mogliśmy z moją Lidką doczekać się końca recitalu organowego, po którym tabuny starszych fanek wychodziły z bukietami podwiędłych kwiatów w rękach - zawiedzione, nie dały ich soliście wieczoru, który nudził absolutnie wyczerpująco i do dna. Nudził Bachem, Regerem, Franckiem i szwedzką muzyką współczesną wyjątkowo daleką od jakości Volvo... 

Natomiast metafizyczny fundament, z którego budowany był werblowy występ Grzegorza Chwalińskiego, obecność w jego grze "substancji wewnętrznie uzasadniającej wszystko, co zewnętrznie działo się na estradzie" - były czymś, co temu muzykowaniu nadawało charakter niemal mistycznej kreacji, w której słuchacz chce tkwić do sądnego dnia. I tyle.

Miałem z dawna ustalone "spotkanie terapeutyczne" na 20-tą i nie mogłem wysłuchać ostatniego występu Grzegorza dzisiaj w Filharmonii - wysłuchałem natomiast także słynnego marimbowego hitu, Cameleona (Sammut), rodzaju refleksyjnej orientalnej onirycznej baśni o wielu planach i poziomach, wypełnionych stłumionymi kolorami strumieni muzycznej energii, którymi Solista sterował z wielką subtelnością i rozwagą; niewątpliwie pomagała Mu w tym dziele świetna scenografia, operowanie światłem i ciekawe ustawienia filharmonicznej estrady, ale to jednak tylko tło dla niepowtarzalnej jakości jego muzyki.

Wniosek: zrobię, co w mojej mocy, żeby tę niezwykłą indywidualność w taki czy inny sposób zetknąć jako Gościa Specjalnego ze środowiskiem znowu przez nas organizowanych kolejnych Międzynarodowych Kursów Pianistycznych 'Idea-Obraz-Technika' w Kielcach 2017. Czy się uda - nie wiem, ale wiem, że spróbować muszę, bo młodzi bardzo potrzebują świetnych wzorców nie z Historii, ale z rówieśnego im Świata. Jeden z nich właśnie mi się objawił...!

https://www.youtube.com/watch?v=X1EGcQqc4I0

Pozdrowienia again & again!


                                                                       
                                                             

Nasza kursowa wycieczka któregoś lata w Rzeszowie...




















Brak komentarzy:

Prześlij komentarz