Wiktoria Kutrzeba z d. Patryn
(1908-1982)
Kiedy
mój Szanowny (i niestety, stanowczo zbyt mało osobiście znany - widzieliśmy się
tylko kilka razy w życiu) brat cioteczny, Bogdan Patryn zapytał, czy mógłbym
napisać coś w rodzaju noty biograficznej mojej ŚP Matki, Wiktorii, w pierwszej
chwili zapaliłem się do tego pomysłu, ale gdy trzeba się było zabrać do jego
realizacji, co rusz zaczęły się pojawiać przeszkody. Były to głównie jakieś
inne teksty, które oczywiście w innej sytuacji wcale by nie musiały być akurat
w tym momencie napisane, ale teraz - w TEJ sytuacji - ich redakcja wydawała mi
się po prostu konieczna. Czyżby trema? Poczucie pustki w duszy? Chęć
"wykręcenia się sianem"? Ucieczka od jakiegoś moralnego obowiązku?
Chyba wszystko razem, a może i coś zupełnie innego, czego zdefiniowanie
zostawmy na czas późniejszy albo w ogóle spróbujmy zapomnieć o tej kwestii!
Musiałem
przeszukać stare i wielkie biurko mego ŚP Ojca; zawsze mi się wydawało, że mam
w nim niebywale obfite zasoby rodzinnych pamiątek i dokumentów. Szybko się
okazało, że tak nie jest. A jednak przede mną na tym właśnie biurku wznosi się
ponad powierzchnię blatu całkiem spory kopczyk różnej barwy i różnego formatu
papierów, które już na pierwszy rzut oka wyglądają na przynajmniej trochę
stare. Najstarszy pochodzi z 9 maja roku 1927 - to świadectwo ukończenia
gimnazjum typu humanistycznego (koedukacyjne, prywatne, ale z prawami
publicznymi) w Strzyżowie n. Wisłokiem przez Wiktorię Patrynówną, ur. 24
grudnia 1909 tamże, w Strzyżowie nad Wisłokiem; nad rzeką, do której - nie
znając dotyku jej wód, a tylko pamiętając jej widok z krótkich pobytów w
Rzeszowie - czuję i respekt i sentyment.
Z
datą urodzin Wiktorii jest różnie, bo nie wiedzieć czemu tak na wspomnianym
wyżej świadectwie, jak w kilku innych dokumentach widnieje data 24.12.1909, gdy
tymczasem odpis świadectwa urodzenia i Chrztu informuje wyraźnie, iż Matka moja
urodziła się dokładnie rok wcześniej - 24.12.1908. Czy to istotnie aż TAK ważne
z perspektywy 27 lat, które upłynęły od Jej odejścia z tego świata? Chyba nie…
O
latach dziecinnych Wiktorii ze zrozumiałych względów mam raczej mało do
powiedzenia, a w dodatku wszystko co wiem, pochodzi z Jej opowiadań, z których
treści sporo już zostało zapomniane.
Niektóre szczegóły jednak tak mocno wbiły się w moją pamięć, że tkwią tam pełne wyrazu do dziś. Mama bardzo
dobrze i ciepło wspominała swe dzieciństwo - serdeczną bliskość matki (Maria z
Maleszków) i niemal Jowiszowy wizerunek Ojca, Jana, po którym imię wziął z
kolei nasz starszy syn (ur. 1983). Bardzo częstym wątkiem w Jej wspomnieniach
był ukochany młodszy brat - Zygmunt, i również ukochana, nieco starsza siostra
Zosia, a także zaginiony w czasie I wojny brat Józef, o którego talentach
artystycznych - szczególnie muzycznych, Mama mówiła z wielkim naciskiem
prawdopodobnie z tej przyczyny, że mówiła do mnie - wówczas dość leniwego
ucznia kieleckich szkół muzycznych najpierw I, a potem II stopnia. Nie
zapominajmy, że Wiktoria była nauczycielką, a nauczyciele... Nie, nie mogę
powiedzieć, że profesja nauczycielska odcisnęła jakieś piętno na podejściu
mojej Mamy do wychowywania nas obojga: młodszej ode mnie o 3 lata Sylwii (ur.
1949) i jej starszego brata (1946), czyli mnie - Stefana. Ze względu, podobno -
tak to pamiętam - na tradycję panującą w rodzinie mego Ojca, Ludwika
(1906-1971), "wołano nas" z drugiego imienia, pierwsze były tylko w
użyciu oficjalnym (świadectwa i inne dokumenty; bardzo kłopotliwa tradycja).
Klara więc i Włodzimierz; jak dziwne były te nasze pierwsze imiona...!
Mama
nie była urodzonym pedagogiem-wychowawcą autorytarnego typu. Czas zatarł wiele
szczegółów, z drugiej jednak strony odsłonił pewne nurty i rysy główne, z
pewnością bardziej istotne dla tego typu charakterystyki, o jaką tu chyba
chodzi: a więc - podstawowymi technikami wychowawczymi stosowanymi przez moją
Mamę były rozmowa i przekonywanie, zaś nigdy - umoralniające
"kazanie". Owszem, gdy się "wściekła" - potrafiła z cała
mocą użyć szczególnie przeze mnie mało lubianej cienkiej nylonowej siatki lub
"przykręcić" w silnych choć szczupłych palcach skórę przedramienia w
celu poprawienia mego krwiobiegu ze szczególnym uwzględnieniem obwodów
odpowiedzialnych za pracę mózgu - tak sądzę. Oboje nasi Rodzice byli z krwi i
kości humanistami na tyle głębokimi, że z popularnym "truciem buł"
ani robieniem "wody z mózgu" w zasadzie nigdy nie mieliśmy w domu do
czynienia. Chwała Im Wiekuista za to!
Wracamy
do lat dziecinnych Wiktorii. Najważniejsze, co się z tym okresem w moich
wspomnieniach kojarzy - to książki, lektura, zdobywanie, chłonięcie przez moją
Matkę wiedzy. Jedyne świadectwo szkolne Mamy, jakie posiadam, pochodzi z końca
gimnazjum (po VIII klasie) - jest w zasadzie bardzo dobre: na jedenaście ocen
są tu tylko dwie czwórki - reszta, to piątki - oceny wówczas najwyższe z
możliwych. Te dwie czwórki dotyczyły fizyki z chemią oraz matematyki. Była, jak
podobno o Niej mówiłi nauczyciele - harda. W domu Jana Patryna obowiązywał
zwyczaj patrzenia prosto w oczy rozmówcy - był to swój, obcy, starszy czy rówieśnik,
bez znaczenia. Patrzenie prosto w oczy nauczycielowi nie zawsze bywało przez
Jej pedagogów kojarzone ze szczerością dziecka, czy zwłaszcza - młodej
dziewczyny. Zapamiętałem opowieść o zdarzeniu, które miało dla Mamy jakieś
podobno przykre konsekwencje: jeden z nauczycieli, podenerwowany, zwrocił się
do Wiktorii z uwagą, "no, to widzę, że możemy się z Tobą dogadać jak
gęś z prosięciem... Mama na to: "Panie
Profesorze - ale kto z nas ma być gęś, a kto - prosię...?"
Udzielała
od niepamiętnych czasów korepetycji: język ojczysty, historia, łacina, potem
doszedł niemiecki, który z czasem stał się w jej pracy przedmiotem najbardziej
intensywnie wykładanym. Opowiadała, że bywało - gdy uczyła się po nocach - by
nie zasnąć, trzymala stopy zanurzone w miednicy z zimną wodą. Nierzadko
zdarzało się, że czytała książki nocą przy świecy, a że w konspiracji przed
rodzicami, to i świeczka bywała stawiana pod kocem.
Od
zawsze wiedziała, że musi skończyć studia. Tu nie było najmniejszych wahań.
Patrynowie nie byli jakoś specjalnie bogaci, ale przecież w kwestii studiów
problem poziomu życia od strony materialnej nie odgrywał w myślach Wiktorii żadnej roli. Świadectwo maturalne
uzyskane w rodzinnym Strzyżowie musialo być na tyle dobre, że została przyjęta
na studia w Uniwersytecie Jagiellońskim i dnia 19 września 1927 roku otrzymała
indeks - mam go tu i teraz przed oczami; twarde okładki, format 11 x 18,5 cm -
po otwarciu 22 x 18,5. Po lewej stronie zdjęcie Studentki, pieczęć Uczelni i
podpis właścicielki, po prawej królują teksty łacińskie, "NOS RECTOR et
DECANUS COLLEGII PROFESSORUM...", pieczęcie i podpisy. Strona następna:
podobne, ale mniej już uroczyście wyglądające polskie teksty, Książeczka
legitymacyjna, L. 19887, data ta sama, pieczęć Kwestury UJ, etc.
Wiktoria Patrynówna - rok 1927,
Kraków.
Potem
rozpoczynają się spisy wykładów, ćwiczeń i seminariów, podpisy profesorów i
wykładowców "niższego" wówczas kalibru, którzy z czasem stali się
kolejnymi wzorcami dla nastepnych pokoleń polskiej humanistyki: Prof. Łoś,
Prof. Kallenbach, Prof. Chrzanowski, Prof. Nitsch, Prof. Wukadinowić, Doc.
Taszycki, Dr Willman-Grabowska, prof. Windakiewicz, Prof. Rubczyński, Prof.
Bystroń, Prof. Kot, Prof. Mysłakowski, Prof. Szuman, Dr Klemensiewicz, Prof.
Zoll. Ostatni wpis wykładu, to "Towianizm Mickiewicza" u Prof.
Pigonia. Zdecydowanie najwięcej wykładów i seminariów Wiktoria Patrynówna
odbyła w ramach zajęć u Profesorów: Nitscha, Chrzanowskiego i Windakiewicza, a
z języka niemieckiego u Prof. Wukadinowicia. Z własnej inicjatywy Mama zapisała
się do Koła Orientalistów, słuchała wykladów i uczestniczyła w seminariach
późniejszej sławy w lingwistyce, wspomnianej przed chwilą Heleny
Willman-Grabowskiej, której m.in. poświęcono referat, Helena
Willman-Grabowska,
Portrait
of a linguist and an indologist podczas międzynarodowej
konferencji lingwistów w Helsinkach, 18-21.7.2007. Mam też teraz przed sobą jakiś stary kwit: że
uwolniona od opłaty skarbowej w myśl art. 154 ustawy o opłatach skarbowych,
Dz.U.Nr. 41 poz. 413 z 1932 r. Czy dziś mamy coś wolnego od opłat skarbowych?) za
Dyplom Magistra Filozofii, który otrzymała w dniu 23 czerwca 1933 w Krakowie. O
dziwo - pewnie nie tylko polskie paradoksy - dokument ten jest opatrzony
pieczęciami położonymi na dwu znaczkach... opłaty sądowej (więc jednak), a
dowiadujemy się z niego, że Wiktoria Patrynówna odbyła "przepisane
studja", zdała szereg wyszczególnionych tam egzaminów (znów w większości z
ocenami bardzo dobrymi, czwórek nadal dwie) oraz przedstawiła z wynikiem dobrym
pracę magisterską nt "Przyroda w twórczości Żeromskiego (do Popiołów
włącznie)" w związku z czym Rada Wydziału Filozoficznego UJ nadala jej
tytuł, etc, etc. Wśród podpisów: Profesorowie - Michalski, Jachimecki i
Sternbach.
Zaczęło
się życie dorosłe - samodzielne. Był rok 1933, kryzys aż miło, w Niemczech
wiadomo co, Świat szuka nowych dróg w ekonomice, ale i człowiekowi prywatnemu
także żyć trzeba. A więc lekcje, lekcje prywatne - jak wcześniej Żeromski, jak
mniej więcej w tym samym czasie Jastrun i dziesiątki, ba - setki i tysiące
innych młodych, którym zamarzyła się humanistyka w takiej czy innej postaci. Te
lekcje pozwoliły również mojej Mamie przeżyć tak okres studiów, jak i sporo po
studiach. Pocieszmy się – bo wielu innym powodziło się jeszcze bardziej
nieciekawie. Także dzięki internetowi wiem, że szczęście się do Wiktorii jednak
dość szybko uśmiechnęło i dostała etat polonisty w I Liceum im. Władysława
Jagiełły w Krasnymstawie. Doskonale opracowana strona www tej znamienitej
Szkoły informuje, że w roku szkolnym 1933/34 Wiktoria Patryn rozpoczęła tu
pracę z młodzieżą. Tym samym zakończony został wyjatkowo trudny, wręcz
ubliżający czas stołowania się w krakowskich Kuchniach dla inteligencji
- instytucjach żywienia zbiorowego o klasie daleko niższej od znanych z PRL-u
barów mlecznych; do codziennego obrządku należało odsuwanie na brzeg talerza -
no, delikatnie się wyrażając - niejadalnych, choć wysokobiałkowych fragmentów podanego posiłku; nie komentujmy
tego więcej ani słowem.
Wiktoria,
nauczycielka Gimnazjum i Liceum w Krasnymstawie; 1935 r.
Teraz
zaczęło być wyraźnie lepiej, bo już pierwsza płaca nauczycielska była równa
niezłej płacy "na kolei", a to w owych czasach znaczyło bardzo wiele
- 500 złotych polskich. Można było pomyśleć nie tylko o sobie, ale i o pomocy
bardziej potrzebującej Rodzinie. Ze wspomnień Mamy o krasnostawskim okresie
pamiętam nazwiska sympatycznych kolegów - p. Loebla, który prowadził zajęcia
muzyczne oraz p. Kunza, wykładowcy matematyki. Nie wolno mi tu pominąć nazwiska
p. Felicji Karpińskiej, z którą Mama bardzo się zaprzyjaźniła - była ona, wedle
Mamy zdania, bardzo utalentowaną malarką. Dla wydoskonalenia się w języku
niemieckim Wiktoria w roku 1937 odbyła kurs w Goethe-Institut (oddział Deutsche Akademie) w Monachium.
Zaświadczenie z tego kursu mam aktualnie przed oczami: kurs odbywał się w
okresie wakacyjnym, od 16 lipca do 12 sierpnia 1937 i obejmował takie
zagadnienia jak fonetyka, współczesna literatura niemiecka, słowo i styl,
historia pedagogiki współczesnej oraz
metodyka nauczania języka niemieckiego. Mama była zachwycona może nawet nie
tyle, a w każdym razie nie tylko poziomem kursu, ile gościnnością starszej
Pani, u której przyszło jej w Monachium zamieszkać; owa Niemka była panią dość
wiekową, ale też osobą serdeczną i jowialną - co wieczór "goliła"
kilka sporych kufli solidnego jak BMW bawarskiego piwa i - co językowo
najważniejsze - była też miło rozmowna. Nie tylko wiele mówiła sama, ale
również wypytywała Mamę o wszystko; bynajmniej nie było to "politycznie
zorientowane" gadanie, ale sympatyczne dzielenie się uwagami o życiu z
człowiekiem ewidentnie młodszym, wyrosłym w dość odmiennej innej kulturze, ale
- chyba jednak - nieźle przygotowanym do tego, by taką rozmowę podjąć i
rozumieć w niej nie tylko słowa, ale zapewne też intencje starszej,
przekazującej to i owo strony. Zupełnie inaczej powiodło się maminej koleżance -romanistce,
która w podobnym czasie wyjechała do Francji; na jej widok francuscy gospodarze
milkli nawet przy stole, a za każde wypowiedziane do językowej kursantki słowo
kazali sobie - jak najbardziej konkretnie - płacić; za naukę wszak należy
płacić...
Katedra lubelska w 1939 roku.
Czas
na "mężczyznę życia" Wiktorii...; wiem - brzmi to dwuznacznie, ale
niech tak jednak zostanie. Dziś, z
perspektywy czasu i moich własnych doświadczeń jako męża i ojca, mam
oczywiście trochę inny pogląd na kwestię związku moich obojga od lat
nieżyjących Rodziców niż wtedy, w ów czas, kiedy byłem bezpośrednim
uczestnikiem i zarazem obserwatorem przed moimi oczami dziejących się wypadków
Ich życia. Nie było to życie łatwe; oboje byli bardzo bogato przez naturę
uposażonymi indywidualnościami - utalentowani, pracowici, intensywnie
przeżywający swój Czas ludzie. Ojciec mój - Ludwik Kutrzeba (1906-1971; jeszcze
przed moim urodzeniem nazwisko Ojca zostało zmienione: oryginalnie występujące
w jego ostatniej sylabie "p" zostało zastąpione przez
"b") - pochodził
z Pilaszkowic k. Krasnegostawu, podobnie jak Wiktoria był przedostatnim
dzieckiem wielodzietnej rodziny i podobnie, jak to miało miejsce u Niej - także
i On nie miał żadnych wątpliwości, że musi skończyć studia. Rozpoczął je na
Wydziale Nauczycielskim w Konserwatorium Warszawskim, potem - na skutek
perturbacji finansowych związanych z kradzieżą środków, jakie otrzymał z tytułu
spadku - postanowił przenieść się z Warszawy do Lublina; tam podjął i ukończył
studia prawnicze na KUL. Po studiach pojawił się w Krasnymstawie jako aplikant
notarialny w kancelarii Mgr Borkowskiego. W tym właśnie, słynącym ze śpiewu
słowików mieście - wedle legendy Władysław Jagiełło przyjeżdżał tu w maju, żeby
ich słuchać - poznali się moi Rodzice. Przynajmniej ze strony Ojca niemal
błyskawicznie nastąpił autentyczny wybuch uczucia do Wiktorii; było to i
szczere i głębokie i zarazem piękne - bo gdy te dwa pierwsze warunki były
spełnione, takie właśnie musiało ono być. Mój Tata był w chwili ożenku z
Wiktorią Patrynówną może nie tyle człowiekiem ustabilizowanym materialnie i
duchowo, ile postacią nie tylko w swoim środowisku bardzo znaną: aktywny działacz
przedwojennego Związku Młodzieży Wiejskiej "Wici" (później - w PSL),
animator kultury - chóry, zespoły ludowe, także teatralne - to był jego żywioł,
publicysta, m.in. pod Jego redakcją w roku 1928 ukazała się publikacja
okolicznościowa z okazji 10-lecia Koła krasnostawskiego ZMW (dostępna
elektronicznie w zbiorach CBN Polona); był wówczas zaledwie 22 letnim
człowiekiem piszącym pod duchowe dyktando Żeromskiego i Kasprowicza,
zafascynowanym twórczością Mickiewicza, Słowackiego i Norwida, z wielkim ogniem
popularyzującym "chłopów-poetów", a wśród nich zwłaszcza pochodzącego
z Krasnegostawu Stanisława Bojarczuka (1869-1956), autora około 1000 sonetów...
Ślub Ludwika i Wiktorii miał miejsce w Katedrze Lubelskiej 29 stycznia 1939
roku. "O roku ów...!"
Jak
można się domyślać, szczęście nie trwało długo, a i o "miodowym
miesiącu", podróży do Włoch czy nawet gdzieś bliżej, nawet do byle-jakich
„wód" nic mi nie wiadomo. W każdym razie wrzesień 39 młodzi jakoś
przetrwali - obyło się bez ran i chyba nawet bez jakichś większych psychicznych
wstrząsów; ten okres nie był specjalnie często przez moją Matkę wspominany. W
każdym razie oboje z Ludwikiem szybko znaleźli się w Olesznie k. Włoszczowy
(tak właśnie: Włoszczowy, a nie Włoszczowej - jak niektórzy specjaliści by to sobie
pewnie wyobrażali). Zamieszkali na II piętrze w budynku szkoły, w jednym z
mieszkań nauczycielskich. Kierownikiem tej szkoły od 1940 roku był Leon
Kusiński - mąż Zofii Patrynównej, jedynej z sióstr mojej Mamy, z którą łączyło
Ją jakieś głębsze powinowactwo duchowe. Szkoła, o dziwo, działała przez cały
czas okupacji i to solidnie; liczba uczniów wahała się w latach 1939-45 od
nieco ponad 300 do blisko 400. Czytamy na stronach www obecnej SP im. Armii
Krajowej w Olesznie: "placówka zostaje podporządkowana
okręgowi szkolnemu w Radomiu. Mimo wprowadzenia nowego niemieckiego
programu nauczania, sytuacja szkół w tym dystrykcie jest jednak lepsza niż
na terenach włączonych do Rzeszy: tam uczono tylko języka niemieckiego
i matematyki, tu utrzymywano język polski." Wiktoria podejmuje pracę
na tajnych kompletach - będzie z tego powodu miała pewne nieprzyjemności
rodzinne po wojnie: nie zgodziła się podpisać oświadczenia, wedle którego dość
bliska kuzynka w jej obecności rzekomo miała zdawać przed konspiracyjną komisją
egzaminacyjną tzw. dużą maturę. Faktycznie, zdała ta osoba tylko tzw. małą
maturę. Moja biedna matka - niestety, kompletnie mało pasująca do tak zupełnie
dla Niej nowej rzeczywistości, wierna studenckim ideałom nie była w stanie
przełknąć aż tak dla jej przedwojennego nauczycielskiego morale gorzkiego kąska
i takiego oświadczenia nie złożyła. Zastanawiam się czasem - jakie stanowisko w
takiej sprawie zająłby Jej Ojciec - Jan? Wszak doradzał kupcom, różnym kupcom;
a kupcy - też ludzie! Musimy to pytanie ze zrozumiałych przyczyn pozostawić bez
odpowiedzi...
W centrum - Leon
Kusiński; po jego lewej, serdecznej stronie - siostra mojej Mamy, Zofia
(warkocz - uczesanie "w koronę"). Zdjęcie z lat 40-tych.
Czas
okupacji Wiktoria z mężem spędzili w większości w Olesznie. Z niewielu
wspomnień Mamy z tego okresu pamiętam Jej opowieści o pewnym Niemcu z Drezna
czy Lipska, należącym pod koniec wojny do grupy żołnierzy Wehrmachtu
zakwaterowanych na I piętrze Szkoły oleszyńskiej – „Herr Kleber” [nazwisko
autentyczne] był człowiekiem wykształconym i bynajmniej nie był on przepełniony
ani optymizmem ani wiarą w sens "dziejowej misji III Rzeszy" na
terenach położonych na Wschód od Odry. Na rytualne pytanie, "Wie
geht's?" regularnie odpowiadał, że idzie źle, a na pytanie "kiedy
będzie lepiej" - równie regularnie stwierdzał, że "in
Massengrab...". Zginął tuż po ewakuacji z Oleszna; kilka kilometrów za
wsią całą grupę uciekających furmankami Niemców rozbili partyzanci. Pikanterii
wspomnieniom okupacyjnym dodaje informacja o trójwarstwowym zamieszkiwaniu w
szkolnym budynku: o ile na najwyższym II piętrze mieszkali, trochę jakby w roli
zakładników, nauczyciele - o tyle w kilku salach I piętra kwaterowali Niemcy,
zaś na parterze - "własowcy". Sama Szkoła musiała się więc zadowalać
pomieszczeniami do nauki o doprawdy minimalnej powierzchni. Ludwik, mąż
Wiktorii, a mój i Sylwii przyszły Tata, pracował jako robotnik leśny. Nie mam
na ten temat żadnych danych, ale podejrzewam na podstawie już powojennych
wypadków, że Tata raczej na pewno był wplątany w jakąś działalność polityczną w
ruchu chłopskim. Gdyby tak nie było, pewne fakty w Jego późniejszej historii
nie mogłyby mieć miejsca...
Tak
zwaną wolność przynieśli Rosjanie. Wiąże się z tym króciutka opowieść o
rozmowie Wiktorii - bo ja wiem, z kim? Musiał to być też jakiś inteligent i w dodatku
nie za bardzo aktywny politycznie. Mowa o bliżej nie znanym z nazwiska (jeszcze by czego)
żołnierzu-wyzwolicielu, który przestrzegał Mamę przed "idącymi po nich" właściwymi
organizatorami nowego porządku: radził, żeby milczeć i "słuchać jak trawa rośnie",
bo inaczej... No, właśnie - tego podobno nie mówił, ale rację miał. Żałuję
tylko, że Rodzice nam obojgu z siostrą właściwie nigdy o tzw. politycznych
tematach nie wspominali; chyba znali swoje dzieci aż nazbyt dobrze, a zwłaszcza
syna... - i nie chcieli ryzykować. Pewnie mieli rację, kto to wie? Dzięki temu jednak
musieliśmy do swojego światopoglądu dorastać każde na swoją rękę; za to nie
mieliśmy też szans nabycia żadnych uprzedzeń i widzimy rzeczy polskiej historii
najnowszej, a w każdym razie nam współczesnej bez żadnych apriorycznie
poustawianych na "określone opcje" filtrów.
Ludwik z pierworodnym na rękach;
1946.
Tuż
po zakończeniu wojny rodzice przenieśli się do Włoszczowy, powiatowego
miasteczka położonego na linii kolejowej Kielce - Częstochowa tuż przed
Koniecpolem. Ojciec szybciutko został powołany do pracy jako sędzia sądu
okręgowego w Kielcach - Mama zaś zajęta była przygotowaniami do przyjęcia na
świat swego upragnionego pierworodnego, który dziś nie bez serdecznego
sentymentu właśnie pisze te słowa. Epizod włoszczowski był w życiu moich
rodziców bardzo krótki i rodzice tuż po moim
urodzeniu przenieśli się do Kielc. Ojca pochłonęły sprawy zawodowe i -
także - publiczne. Gdyby nie zajmował się nimi podczas wojny, z pewnością jako
nikomu w mieście nieznany prawnik nie zostałby tak szybko wybrany na funkcję
przewodniczącego prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej z ramienia PSL. Wkrótce
zresztą potem został na fali represji związanych z "budowaniem nowego
porządku społecznego" wyrzucony z PSL za "klerykalizm" - było to
o tyle śmieszne, że Ojciec mój przy całej swojej głębokiej religijności był
człowiekiem na tyle głęboko antyklerykalnym, że - zgodnie z własną wolą - nawet
pochowany został, jak się to mówi, "bez księdza". Wtedy, po pozbawieniu
Go członkostwa w partii ludowej, automatycznie pozbawiono go też funkcji w WRN;
choć do końca życia pozostał wierny swym młodzieńczym ideałom związanym z
miłością do wsi i dawnego ruchu ludowego, to jednak z polityki wycofal się
definitywnie mimo wielu przynęt, wśród których była i oferta objęcia teki
ministra rolnictwa w po-październikowej Polsce
przy jednoczesnym zapewnieniu jakiegoś wysokiego stanowiska w resorcie
Oświaty dla Wiktorii. Jej to zdecydowany sprzeciw, a i pewnie brak większego
osobistego ze strony ojca zainteresowania tymi propozycjami spowodował, że
oboje rodzice zagnieździli się na dobre w Kielcach. Były to - jak się zdaje -
dość nerwowe czasy w naszym domu:
pamiętam jak przez mgłę wizyty "różnych ważnych osób": grającego na
skrzypcach z moim Ojcem b. Wojewodę Eugeniusza Wiślicza-Iwańczyka, czytającego
swe wiersze Józefa Ozgę-Michalskiego (obok polityki czynnie, udatnie i
pożytecznie zajmował się on i poezją, przetłumaczył m.in. po raz pierwszy na
język polski "Kalevalę"), bywali posłowie-ludowcy oraz sławni
partyzanci - jak "Barabasz" Marian Sołtysiak, b. dowódca oddziału
"Wybranieckich", od 1943 r delegat Kedywu na Kielecczyźnie, czy
bliski kuzyn Ojca "Maks" - późniejszy gen. Józef Sobiesiak. Wszystko
na nic. Rodzice zostali w Kielcach,
gdzie Ojciec do końca swych dni
pracował jako notariusz, a przez 25 lat był kierownikiem Biura
Notarialnego; współzałożył Towarzystwo Przyjaciół Sztuk Pięknych oraz aktywnie
włączył się w organizację Świętokrzyskiego Towarzystwa Muzycznego, którego po
latach piszący te słowa był przez długi czas prezesem; losy Wiktorii spróbuję
za chwilę zarysować bardziej szczegółowo.
W komplecie; kieleckie - jeszcze
dobre lata; 1957.
I
tu zaczyna się niejaki problem: z jednej bowiem strony życie mojej Mamy z wielu
przyczyn, o których i nie wolno i wcale też nie chcę pisać, nie było takie,
jakie być mogło, a może i powinno. Powiedzmy szczerze - nie było szczęśliwe,
choć przecież "obiektywnie patrząc" nie było wcale nieudane: wydała
na świat i wychowała dwoje dzieci, przeszła pełną zawodowych sukcesów drogę
pełnej poświęcenia nauczycielki - od liceum w Krasnymstawie do, króciutko w
1945 roku, liceum im. Żeromskiego w Kielcach; potem pracowała w Technikum
Statystycznym przemianowanym po kilku latach na Technikum Ekonomiczne (obecnie
- Zespół Szkół Ekonomicznych im. M. Kopernika) w Kielcach. Jak wszyscy polscy
nauczyciele, po 1945 roku Mama musiała obowiązkowo zdobywać wiedzę o historii
WKPb - jeszcze niedawno egzystował gdzieś w naszych piwnicznych czy strychowych
czeluściach szary stukartkowy zeszyt po brzegi wypełniony informacjami, do
których może by i warto zajrzeć - ale to chyba zadanie dopiero dla wnuków moich
jeszcze nienarodzonych wnuków. Moje pokolenie chyba jeszcze nie dojrzało do interesowania
się tym tematem. Opowiadała nie raz o wizytacjach aktywu ZMP na prowadzonych
przez Nią lekcjach języka niemieckiego - dziś myślę o tym niemal z
rozrzewnieniem: czego te aktywisty TAM szukały? Klasowego wroga...? No - to i
nie znalazły, bo Wiktoria nie tylko była zbyt inteligentnym człowiekiem, by się
tej klasy specjalistom od "duszy drgnienia" zwierzać z własnych
poglądów politycznych, a ponadto - i podejrzewam, że po Niej to odziedziczyłem
tę cechę - mogła po prostu być zbyt naiwna, by sądzić, że jest to zwyczajna
inwigilacja policyjnego typu i zwyczajnie chciała poprowadzić lekcję od strony
metodycznej "najlepiej jak potrafi", a prowadzenie lekcji języka
niemieckiego zapewne w przedwojennej metodyce (innej nie znała) nie
przewidywało innych punktów koncentracji uwagi, jak tylko problemy czysto
językowe... - i tu się zadumałem! Przecież właśnie to mogło być najbardziej
podejrzane...? Opuszczam ten grząski teren; czy na zawsze?
Nasi Rodzice bardzo lubili to
zdjęcie Sylwii...; 1957. Fot. M. Kruszczak
A
więc, życie zawodowe: po 1945 uczyła głównie, jeśli nie wyłącznie, języka
niemieckiego. Były różne dyplomy i medale oraz krzyże zasługi - nie
przywiązywała do nich najmniejszej wagi. We współpracy z p. Elżbietą
Jerschinową, której mąż - Stanisław - był w swoim czasie dość znanym i uznanym
polonistą, Wiktoria redagowała podręcznik języka niemieckiego dla szkól
zawodowych; ostatecznie choroba przerwała i ten pozytywny wątek jej życia
zasiedlając je w sposób nie pozostawiający miejsca niczemu innemu.
Brak,
niezupełny przecież brak szczęścia w życiu Wiktorii, chyba - jak to zazwyczaj
między ludźmi bywa - głównie polegał na nieumiejętności znalezienia wspólnego
języka z mężem, ojcem Jej dzieci, przy równoczesnym braku woli i siły by odejść
od niego, który nie umiał iść przez życie tak, jak dyktują zwyczajowe prawa,
powszechnie uznane za słuszne i równie powszechnie omijane przez większość
ludzkiej populacji od Alaski po Kamczatkę. Problem w tym, że Wiktoria
dochowywała wierności Ludwikowi i strzegła, jak umiała najlepiej, domowego
ogniska, gdy on z całej siły parł ku całkiem po swojemu pojmowanej (nikt
niczego nie pojmuje inaczej - jak po
swojemu albo wcale) wolności. Byłbym
głęboko niesprawiedliwy twierdząc, że Ojciec nie dbał o dom - jednakże musiał
dbać przynajmniej o dwa domy równocześnie, co przy nie najlepszym zdrowiu
musiało owocować dość przykrymi skutkami w zakresie - a jakże by inaczej -
serca. Pierwszy zawał dopadl go już w 1948 w Krynicy Górskiej, następny w 1957,
a potem po 1967 już wszystko zaczęło się na tyle groźnie "sypać", że
nie doczekawszy nawet pierwszej wypłaty emerytury - odszedł od nas na zawsze w początku
sierpnia 1971.
Pierworodny Wiktorii
ożenił się z Lidią z Wojciechowskich późną jesienią 1976; zdjęcie z czerwca
2008 roku.
Ojciec
mój - podobnie jak Mama - również nie był chyba specjalnie szczęśliwym
"rodzinnie" człowiekiem; nieznośność swego bytu "zagrywał"
brydżem i niezliczonymi amorami, jak wielu, jak bardzo wielu. Związek z
Wiktorią jednak trwał i nigdy nie zapomnę wzruszenia na twarzy mego Taty, gdy
zobaczył - podkreślił ten fakt zresztą bardzo wyraźnie - jak bardzo jest mu
miłe, że Wiktoria jadąc z pierwszą do niego wizytą zaraz po jednym z ostatnich
zawałów, tym - po którym wyszedł ze szpitala, niestety, już prosto na cmentarz
- włożyła na palec ślubną obrączkę nie noszoną od kilku dobrych lat na znak
protestu przeciw jego postępowaniu, jednakże teraz - jako znak duchowej
łączności z coraz poważniej chorym mężem.
Po
śmierci Ludwika Wiktoria już się nie otrząsnęła; naraz spadło na Nią zbyt
wiele, głównie złego. Szczegóły eskapad mego ojca, na szczęście drobne problemy
ze spadkiem, za to potem wielkie życiowe związane z utrzymywaniem
podupadającego bez remontów domu w Kielcach. Byłem wtedy początkującym
nauczycielem - pracowałem w ogromnym, dziś niespotykanym wymiarze ponad 50
godzin tygodniowo mając etat i tzw. nadgodziny w Szkole Muzycznej oraz pół
etatu i znów - nadgodziny w WSP plus jakieś koncerty kameralne, audycje szkolne
i występy solowe. Mama chorowała - Jej siły słabły z roku na rok. Dziś wiem, że
było to coś w rodzaju - zewnętrznie -
anoreksji, ale duchowo bynajmniej nie była to anoreksja: Wiktoria
chciała odejść. Wbrew Jej woli zabraliśmy ją do szpitala - bez jakiejkolwiek
protekcji czy łapówek (jakże miło to jeszcze raz powiedzieć) została na tyle
podreperowana przez lekarzy na II oddziale neurologii Szpitala Wojewódzkiegoi w
Kielcach prowadzonym przez Dr. Grabowskiego, by móc przeżyć jeszcze dwa lata.
Wielką rolę w rehabilitacji Mamy odegrała wtedy moja siostra Sylwia, która
dosłownie na nowo "wpisała" w Mamy świadomość wiedzę i pamięć o
wydarzeniach i osobach, choćby - w rodzinie. Te ostatnie dwa spokojne i
relatywnie szczęśliwe lata życia - mówiła, "teraz się już nie boję; mam
swoje miejsce" - Wiktoria zawdzięczała mojej Żonie - Lidii, której postawa
pełna poświęcenia, rozsądku i zarazem ciepła dawała Jej poczucie
bezpieczeństwa, o jakim ze względu na postępująca chorobę wcześniej nie mogła
nawet marzyć. Sylwia jeszcze studiowała prawo; nie mogę nie wspomnieć i o tym,
że Mama mimo wszystkich zdrowotnych i innych przejść jeszcze niemal na rok
przed śmiercią udzielała Sylwii korepetycji z łaciny - przez telefon. Ta wiedza
nie zawiodła jej nigdy.
Pewien
nasz z Lidią bardzo dobry kolega, historyk kultury i języka francuskiego -
profesor tej specjalności w jednej z paryskich uczelni [obecnie, niestety już
nieżyjący dr Antoni Gryzik – przyp. S.K.], głosił tezę, wedle której zakłamanie
w sferze seksu zniszczyło lub conajmniej bardzo zdewastowalo życie pokolenia
m.in. reprezentowanego przez Wiktorię i Ludwika. Coraz mniej wierzę w słuszność
tej tezy; nie chodzi o to, że tylko szczery ascetyzm lub otwarty libertynizm
mogą człowieka uczynić szczęśliwym, ani o to, że do szczęścia trzeba umieć
"dorosnąć". Natomiast coraz bardziej mi się wydaje, że "bycie
szczęśliwym" to taka cecha, którą nie tyle się dziedziczy - ile dostaje w
darze w ramach otrzymywanego przecież kompletnie poza wolą naszych rodziców
tzw. materiału genetycznego zupełnie w taki sam sposób, w jaki polny mak dostaje
cechę bycia kwiatem czerwonym, a chaber - niebieskim.
Uświadomienie
sobie tego faktu przed laty podziałało na mnie bardzo wyzwalająco i sądzę, że
to najważniejsza propozycja nie tylko intelektualna, jaką może warto
przedstawić przy okazji wspominania o moich i Sylwii-siostry Kochanych
Rodzicach; życie Wiktorii było w tak ogromnym procencie współkształtowane przez
Jej związek z Ludwikiem, że byłoby niewybaczalnym błędem patrzeć na nie w
oderwaniu od tego potężnego czynnika; nie naszą jest rzeczą oceniać pojawiające
się tu wartości. Ogromna szkoda, że Oni - nasi Rodzice - nie brali pod uwagę
tak prostego przecież faktu: człowiek sam nie wybiera modelu swego życia, to
życie przez nas realizuje plany Siły Wyższej; mówiąc innymi slowami - w nas i
przez nas przetacza się odwieczna fala życia, które doświadczamy i które się w
nas i przez nas dokonuje. Jednak choćby cień złudzenia, że jest może bodaj choć
trochę inaczej, niekiedy może się okazać bardzo pożytecznym elementem
wspomagającym nasze siły przez ujęcie znaczenia i wagi odczuwanym na własnej
skórze skutkom postępowania, które większość ludzi uważa za zasługi wyłącznie
osobiście własne, a cudze, za wyłącznie osobiście sterowane i dlatego
domagające się potępienia - winy. Balansując między tymi dwoma biegunami,
uwolnienia od odpowiedzialności oraz jej silnego poczucia, człowiek ma jakieś
szanse by wieść życie zarówno pełne pokory, jak radosne i silne zarazem. Bardzo
się cieszę mogąc w ten sposób zakończyć pisanie tego wspomnienia o mojej SP
Mamie, Wiktorii. To Ona często kierowała moją uwagę na postać Goethego, który
wedle własnych słów po matce odziedziczył "Frohnatur und Lust zu
fabulieren...". Pogodną naturę Wiktorii życie nadłamało stosunkowo
wcześnie, ale "Lust zu fabulieren" pozostała w niej nieomal do końca
- podobnie jak nieograniczona odwaga cywilna, świetna pamięć i jasność oczu
zawsze prosto patrzących w inne oczy...
Kasia (1976) - córka
Sylwii i Włodka Klimczaka (zm. 1997);
nasi Synowie - Franciszek Filip (1984)
oraz Jan Karol (1983).
Moja
Mama zmarła dnia 17 lutego 1982 roku w Kielcach w wyniku powikłań
pogrypowych. Zdążyła zobaczyć tylko
pierwszą wnuczkę - Kasię Klimczak, córkę Sylwii i niestety od dawna nieżyjącego
Włodka; Katarzyna jest doktorem nauk rolniczych i z wielkim powodzeniem pracuje
w Poznaniu. Gwoli zupełności informacji: moja siostra Sylwia studiowała prawo
na Uniwersytecie Warszawskim - aktualnie jest całkiem nieźle dającym sobie radę
w życiu przedsiębiorcą; mieszka i pracuje w Stolicy, jest nadal wdową. Piszący
te słowa jej brat po studiach pianistycznych w Katowicach i przepracowaniu 19
lat w kraju, w 1988 roku z całą rodziną wyjechal do Finlandii, gdzie mieszkał i
pracował w Ylä-Satakunnan College of Music prze 23 lata. Od roku 2011 znowu w Polscem,
etat w ZPSM w Kielcach, „godziny” na Uniwersytecie Jana Kochanowskiego plus
wielka mnogość zajęć pobocznych i dodatkowych. Moja Żona - Lidka - choć
pełnoprawny inżynier po Politechnice Warszawskiej, w pewien sposób kontynuuje
dzieło swego nigdy niewidzianego Teścia: prowadziła w Finlandii całe rzesze
chórów. Teraz – kończy dzienne studia na UJK w specjalności „muzyka kościelna”…
W sumie, oboje jesteśmy nauczycielami - zupełnie jak Wiktoria i Zofia, czy
Leon. Nasi synowie urodzili się już po śmierci Wiktorii: Jan (w białej
koszulce, 1983), aktualnie, po studiach aktorskich w Sztokholmie i Nowym Jorku
– najogólniej mowiąc – pracuje w przemyśle filmowym; młodszy o rok i trzy miesiące Franek (1984)
po ukończeniu studiów ekonomicznych (Örebrö, Szwecja) kontynuował studia teologiczne
w Uppsali, aktualnie – rozpoczął stacjonarne studia doktoranckie z ekonomii na
Politechnice Gdańskiej; mieszka w szeregowcu oddalonym od Politechniki kilkaset
metrów; w Gdańsku-Wrzeszczu. Jego Żoną
jest zupelnie cudowna Małgosia, a Prawnukami Wiktorii – Julian Albert (ur w
czerwcu 2015) oraz urodzony 26.10. 2016 Fryderyk
Benon (zob: Benno von Meißen…). Życie trwa. I tyle na teraz…
Stefan Kutrzeba
Parkano, 6 stycznia 2010.
Ostatnia aktualizacja: 27.2.2018
Wola Kopcowa k. Kielc













Brak komentarzy:
Prześlij komentarz