wtorek, 27 lutego 2018

Moja Mama...




Wiktoria Kutrzeba z d. Patryn (1908-1982)

Kiedy mój Szanowny (i niestety, stanowczo zbyt mało osobiście znany - widzieliśmy się tylko kilka razy w życiu) brat cioteczny, Bogdan Patryn zapytał, czy mógłbym napisać coś w rodzaju noty biograficznej mojej ŚP Matki, Wiktorii, w pierwszej chwili zapaliłem się do tego pomysłu, ale gdy trzeba się było zabrać do jego realizacji, co rusz zaczęły się pojawiać przeszkody. Były to głównie jakieś inne teksty, które oczywiście w innej sytuacji wcale by nie musiały być akurat w tym momencie napisane, ale teraz - w TEJ sytuacji - ich redakcja wydawała mi się po prostu konieczna. Czyżby trema? Poczucie pustki w duszy? Chęć "wykręcenia się sianem"? Ucieczka od jakiegoś moralnego obowiązku? Chyba wszystko razem, a może i coś zupełnie innego, czego zdefiniowanie zostawmy na czas późniejszy albo w ogóle spróbujmy zapomnieć o tej kwestii!

Musiałem przeszukać stare i wielkie biurko mego ŚP Ojca; zawsze mi się wydawało, że mam w nim niebywale obfite zasoby rodzinnych pamiątek i dokumentów. Szybko się okazało, że tak nie jest. A jednak przede mną na tym właśnie biurku wznosi się ponad powierzchnię blatu całkiem spory kopczyk różnej barwy i różnego formatu papierów, które już na pierwszy rzut oka wyglądają na przynajmniej trochę stare. Najstarszy pochodzi z 9 maja roku 1927 - to świadectwo ukończenia gimnazjum typu humanistycznego (koedukacyjne, prywatne, ale z prawami publicznymi) w Strzyżowie n. Wisłokiem przez Wiktorię Patrynówną, ur. 24 grudnia 1909 tamże, w Strzyżowie nad Wisłokiem; nad rzeką, do której - nie znając dotyku jej wód, a tylko pamiętając jej widok z krótkich pobytów w Rzeszowie - czuję i respekt i sentyment.

Z datą urodzin Wiktorii jest różnie, bo nie wiedzieć czemu tak na wspomnianym wyżej świadectwie, jak w kilku innych dokumentach widnieje data 24.12.1909, gdy tymczasem odpis świadectwa urodzenia i Chrztu informuje wyraźnie, iż Matka moja urodziła się dokładnie rok wcześniej - 24.12.1908. Czy to istotnie aż TAK ważne z perspektywy 27 lat, które upłynęły od Jej odejścia z tego świata? Chyba nie…

O latach dziecinnych Wiktorii ze zrozumiałych względów mam raczej mało do powiedzenia, a w dodatku wszystko co wiem, pochodzi z Jej opowiadań, z których treści sporo już zostało  zapomniane. Niektóre szczegóły jednak tak mocno wbiły się w moją pamięć, że  tkwią tam pełne wyrazu do dziś. Mama bardzo dobrze i ciepło wspominała swe dzieciństwo - serdeczną bliskość matki (Maria z Maleszków) i niemal Jowiszowy wizerunek Ojca, Jana, po którym imię wziął z kolei nasz starszy syn (ur. 1983). Bardzo częstym wątkiem w Jej wspomnieniach był ukochany młodszy brat - Zygmunt, i również ukochana, nieco starsza siostra Zosia, a także zaginiony w czasie I wojny brat Józef, o którego talentach artystycznych - szczególnie muzycznych, Mama mówiła z wielkim naciskiem prawdopodobnie z tej przyczyny, że mówiła do mnie - wówczas dość leniwego ucznia kieleckich szkół muzycznych najpierw I, a potem II stopnia. Nie zapominajmy, że Wiktoria była nauczycielką, a nauczyciele... Nie, nie mogę powiedzieć, że profesja nauczycielska odcisnęła jakieś piętno na podejściu mojej Mamy do wychowywania nas obojga: młodszej ode mnie o 3 lata Sylwii (ur. 1949) i jej starszego brata (1946), czyli mnie - Stefana. Ze względu, podobno - tak to pamiętam - na tradycję panującą w rodzinie mego Ojca, Ludwika (1906-1971), "wołano nas" z drugiego imienia, pierwsze były tylko w użyciu oficjalnym (świadectwa i inne dokumenty; bardzo kłopotliwa tradycja). Klara więc i Włodzimierz; jak dziwne były te nasze pierwsze imiona...!

Mama nie była urodzonym pedagogiem-wychowawcą autorytarnego typu. Czas zatarł wiele szczegółów, z drugiej jednak strony odsłonił pewne nurty i rysy główne, z pewnością bardziej istotne dla tego typu charakterystyki, o jaką tu chyba chodzi: a więc - podstawowymi technikami wychowawczymi stosowanymi przez moją Mamę były rozmowa i przekonywanie, zaś nigdy - umoralniające "kazanie". Owszem, gdy się "wściekła" - potrafiła z cała mocą użyć szczególnie przeze mnie mało lubianej cienkiej nylonowej siatki lub "przykręcić" w silnych choć szczupłych palcach skórę przedramienia w celu poprawienia mego krwiobiegu ze szczególnym uwzględnieniem obwodów odpowiedzialnych za pracę mózgu - tak sądzę. Oboje nasi Rodzice byli z krwi i kości humanistami na tyle głębokimi, że z popularnym "truciem buł" ani robieniem "wody z mózgu" w zasadzie nigdy nie mieliśmy w domu do czynienia. Chwała Im Wiekuista za to!

Wracamy do lat dziecinnych Wiktorii. Najważniejsze, co się z tym okresem w moich wspomnieniach kojarzy - to książki, lektura, zdobywanie, chłonięcie przez moją Matkę wiedzy. Jedyne świadectwo szkolne Mamy, jakie posiadam, pochodzi z końca gimnazjum (po VIII klasie) - jest w zasadzie bardzo dobre: na jedenaście ocen są tu tylko dwie czwórki - reszta, to piątki - oceny wówczas najwyższe z możliwych. Te dwie czwórki dotyczyły fizyki z chemią oraz matematyki. Była, jak podobno o Niej mówiłi nauczyciele - harda. W domu Jana Patryna obowiązywał zwyczaj patrzenia prosto w oczy rozmówcy - był to swój, obcy, starszy czy rówieśnik, bez znaczenia. Patrzenie prosto w oczy nauczycielowi nie zawsze bywało przez Jej pedagogów kojarzone ze szczerością dziecka, czy zwłaszcza - młodej dziewczyny. Zapamiętałem opowieść o zdarzeniu, które miało dla Mamy jakieś podobno przykre konsekwencje: jeden z nauczycieli, podenerwowany, zwrocił się do Wiktorii z uwagą, "no, to widzę, że możemy się z Tobą dogadać jak gęś z prosięciem...  Mama na to: "Panie Profesorze - ale kto z nas ma być gęś, a kto - prosię...?"

Udzielała od niepamiętnych czasów korepetycji: język ojczysty, historia, łacina, potem doszedł niemiecki, który z czasem stał się w jej pracy przedmiotem najbardziej intensywnie wykładanym. Opowiadała, że bywało - gdy uczyła się po nocach - by nie zasnąć, trzymala stopy zanurzone w miednicy z zimną wodą. Nierzadko zdarzało się, że czytała książki nocą przy świecy, a że w konspiracji przed rodzicami, to i świeczka bywała stawiana pod kocem.

Od zawsze wiedziała, że musi skończyć studia. Tu nie było najmniejszych wahań. Patrynowie nie byli jakoś specjalnie bogaci, ale przecież w kwestii studiów problem poziomu życia od strony materialnej nie odgrywał w myślach  Wiktorii żadnej roli. Świadectwo maturalne uzyskane w rodzinnym Strzyżowie musialo być na tyle dobre, że została przyjęta na studia w Uniwersytecie Jagiellońskim i dnia 19 września 1927 roku otrzymała indeks - mam go tu i teraz przed oczami; twarde okładki, format 11 x 18,5 cm - po otwarciu 22 x 18,5. Po lewej stronie zdjęcie Studentki, pieczęć Uczelni i podpis właścicielki, po prawej królują teksty łacińskie, "NOS RECTOR et DECANUS COLLEGII PROFESSORUM...", pieczęcie i podpisy. Strona następna: podobne, ale mniej już uroczyście wyglądające polskie teksty, Książeczka legitymacyjna, L. 19887, data ta sama, pieczęć Kwestury UJ, etc. 


Wiktoria Patrynówna - rok 1927, Kraków.

Potem rozpoczynają się spisy wykładów, ćwiczeń i seminariów, podpisy profesorów i wykładowców "niższego" wówczas kalibru, którzy z czasem stali się kolejnymi wzorcami dla nastepnych pokoleń polskiej humanistyki: Prof. Łoś, Prof. Kallenbach, Prof. Chrzanowski, Prof. Nitsch, Prof. Wukadinowić, Doc. Taszycki, Dr Willman-Grabowska, prof. Windakiewicz, Prof. Rubczyński, Prof. Bystroń, Prof. Kot, Prof. Mysłakowski, Prof. Szuman, Dr Klemensiewicz, Prof. Zoll. Ostatni wpis wykładu, to "Towianizm Mickiewicza" u Prof. Pigonia. Zdecydowanie najwięcej wykładów i seminariów Wiktoria Patrynówna odbyła w ramach zajęć u Profesorów: Nitscha, Chrzanowskiego i Windakiewicza, a z języka niemieckiego u Prof. Wukadinowicia. Z własnej inicjatywy Mama zapisała się do Koła Orientalistów, słuchała wykladów i uczestniczyła w seminariach późniejszej sławy w lingwistyce, wspomnianej przed chwilą Heleny Willman-Grabowskiej, której m.in. poświęcono referat, Helena Willman-Grabowska, Portrait of a  linguist and an indologist podczas międzynarodowej konferencji lingwistów w Helsinkach, 18-21.7.2007.  Mam też teraz przed sobą jakiś stary kwit: że uwolniona od opłaty skarbowej w myśl art. 154 ustawy o opłatach skarbowych, Dz.U.Nr. 41 poz. 413 z 1932 r. Czy dziś mamy coś wolnego od opłat skarbowych?) za Dyplom Magistra Filozofii, który otrzymała w dniu 23 czerwca 1933 w Krakowie. O dziwo - pewnie nie tylko polskie paradoksy - dokument ten jest opatrzony pieczęciami położonymi na dwu znaczkach... opłaty sądowej (więc jednak), a dowiadujemy się z niego, że Wiktoria Patrynówna odbyła "przepisane studja", zdała szereg wyszczególnionych tam egzaminów (znów w większości z ocenami bardzo dobrymi, czwórek nadal dwie) oraz przedstawiła z wynikiem dobrym pracę magisterską nt "Przyroda w twórczości Żeromskiego (do Popiołów włącznie)" w związku z czym Rada Wydziału Filozoficznego UJ nadala jej tytuł, etc, etc. Wśród podpisów: Profesorowie - Michalski, Jachimecki i Sternbach.

Zaczęło się życie dorosłe - samodzielne. Był rok 1933, kryzys aż miło, w Niemczech wiadomo co, Świat szuka nowych dróg w ekonomice, ale i człowiekowi prywatnemu także żyć trzeba. A więc lekcje, lekcje prywatne - jak wcześniej Żeromski, jak mniej więcej w tym samym czasie Jastrun i dziesiątki, ba - setki i tysiące innych młodych, którym zamarzyła się humanistyka w takiej czy innej postaci. Te lekcje pozwoliły również mojej Mamie przeżyć tak okres studiów, jak i sporo po studiach. Pocieszmy się – bo wielu innym powodziło się jeszcze bardziej nieciekawie. Także dzięki internetowi wiem, że szczęście się do Wiktorii jednak dość szybko uśmiechnęło i dostała etat polonisty w I Liceum im. Władysława Jagiełły w Krasnymstawie. Doskonale opracowana strona www tej znamienitej Szkoły informuje, że w roku szkolnym 1933/34 Wiktoria Patryn rozpoczęła tu pracę z młodzieżą. Tym samym zakończony został wyjatkowo trudny, wręcz ubliżający czas stołowania się w krakowskich Kuchniach dla inteligencji - instytucjach żywienia zbiorowego o klasie daleko niższej od znanych z PRL-u barów mlecznych; do codziennego obrządku należało odsuwanie na brzeg talerza - no, delikatnie się wyrażając - niejadalnych, choć wysokobiałkowych  fragmentów podanego posiłku; nie komentujmy tego więcej ani słowem.

 Wiktoria, nauczycielka Gimnazjum i Liceum w Krasnymstawie; 1935 r.

Teraz zaczęło być wyraźnie lepiej, bo już pierwsza płaca nauczycielska była równa niezłej płacy "na kolei", a to w owych czasach znaczyło bardzo wiele - 500 złotych polskich. Można było pomyśleć nie tylko o sobie, ale i o pomocy bardziej potrzebującej Rodzinie. Ze wspomnień Mamy o krasnostawskim okresie pamiętam nazwiska sympatycznych kolegów - p. Loebla, który prowadził zajęcia muzyczne oraz p. Kunza, wykładowcy matematyki. Nie wolno mi tu pominąć nazwiska p. Felicji Karpińskiej, z którą Mama bardzo się zaprzyjaźniła - była ona, wedle Mamy zdania, bardzo utalentowaną malarką. Dla wydoskonalenia się w języku niemieckim Wiktoria w roku 1937 odbyła kurs w Goethe-Institut (oddział Deutsche Akademie) w Monachium. Zaświadczenie z tego kursu mam aktualnie przed oczami: kurs odbywał się w okresie wakacyjnym, od 16 lipca do 12 sierpnia 1937 i obejmował takie zagadnienia jak fonetyka, współczesna literatura niemiecka, słowo i styl, historia pedagogiki  współczesnej oraz metodyka nauczania języka niemieckiego. Mama była zachwycona może nawet nie tyle, a w każdym razie nie tylko poziomem kursu, ile gościnnością starszej Pani, u której przyszło jej w Monachium zamieszkać; owa Niemka była panią dość wiekową, ale też osobą serdeczną i jowialną - co wieczór "goliła" kilka sporych kufli solidnego jak BMW bawarskiego piwa i - co językowo najważniejsze - była też miło rozmowna. Nie tylko wiele mówiła sama, ale również wypytywała Mamę o wszystko; bynajmniej nie było to "politycznie zorientowane" gadanie, ale sympatyczne dzielenie się uwagami o życiu z człowiekiem ewidentnie młodszym, wyrosłym w dość odmiennej innej kulturze, ale - chyba jednak - nieźle przygotowanym do tego, by taką rozmowę podjąć i rozumieć w niej nie tylko słowa, ale zapewne też intencje starszej, przekazującej to i owo strony. Zupełnie inaczej powiodło się maminej koleżance -romanistce, która w podobnym czasie wyjechała do Francji; na jej widok francuscy gospodarze milkli nawet przy stole, a za każde wypowiedziane do językowej kursantki słowo kazali sobie - jak najbardziej konkretnie - płacić; za naukę wszak należy  płacić...



Katedra lubelska w 1939 roku.

Czas na "mężczyznę życia" Wiktorii...; wiem - brzmi to dwuznacznie, ale niech tak jednak zostanie.  Dziś, z perspektywy czasu i moich własnych doświadczeń jako męża i ojca, mam oczywiście trochę inny pogląd na kwestię związku moich obojga od lat nieżyjących Rodziców niż wtedy, w ów czas, kiedy byłem bezpośrednim uczestnikiem i zarazem obserwatorem przed moimi oczami dziejących się wypadków Ich życia. Nie było to życie łatwe; oboje byli bardzo bogato przez naturę uposażonymi indywidualnościami - utalentowani, pracowici, intensywnie przeżywający swój Czas ludzie. Ojciec mój - Ludwik Kutrzeba (1906-1971; jeszcze przed moim urodzeniem nazwisko Ojca zostało zmienione: oryginalnie występujące w jego ostatniej sylabie "p" zostało zastąpione przez "b") -  pochodził z Pilaszkowic k. Krasnegostawu, podobnie jak Wiktoria był przedostatnim dzieckiem wielodzietnej rodziny i podobnie, jak to miało miejsce u Niej - także i On nie miał żadnych wątpliwości, że musi skończyć studia. Rozpoczął je na Wydziale Nauczycielskim w Konserwatorium Warszawskim, potem - na skutek perturbacji finansowych związanych z kradzieżą środków, jakie otrzymał z tytułu spadku - postanowił przenieść się z Warszawy do Lublina; tam podjął i ukończył studia prawnicze na KUL. Po studiach pojawił się w Krasnymstawie jako aplikant notarialny w kancelarii Mgr Borkowskiego. W tym właśnie, słynącym ze śpiewu słowików mieście - wedle legendy Władysław Jagiełło przyjeżdżał tu w maju, żeby ich słuchać - poznali się moi Rodzice. Przynajmniej ze strony Ojca niemal błyskawicznie nastąpił autentyczny wybuch uczucia do Wiktorii; było to i szczere i głębokie i zarazem piękne - bo gdy te dwa pierwsze warunki były spełnione, takie właśnie musiało ono być. Mój Tata był w chwili ożenku z Wiktorią Patrynówną może nie tyle człowiekiem ustabilizowanym materialnie i duchowo, ile postacią nie tylko w swoim środowisku bardzo znaną: aktywny działacz przedwojennego Związku Młodzieży Wiejskiej "Wici" (później - w PSL), animator kultury - chóry, zespoły ludowe, także teatralne - to był jego żywioł, publicysta, m.in. pod Jego redakcją w roku 1928 ukazała się publikacja okolicznościowa z okazji 10-lecia Koła krasnostawskiego ZMW (dostępna elektronicznie w zbiorach CBN Polona); był wówczas zaledwie 22 letnim człowiekiem piszącym pod duchowe dyktando Żeromskiego i Kasprowicza, zafascynowanym twórczością Mickiewicza, Słowackiego i Norwida, z wielkim ogniem popularyzującym "chłopów-poetów", a wśród nich zwłaszcza pochodzącego z Krasnegostawu Stanisława Bojarczuka (1869-1956), autora około 1000 sonetów... Ślub Ludwika i Wiktorii miał miejsce w Katedrze Lubelskiej 29 stycznia 1939 roku. "O roku ów...!"

Jak można się domyślać, szczęście nie trwało długo, a i o "miodowym miesiącu", podróży do Włoch czy nawet gdzieś bliżej, nawet do byle-jakich „wód" nic mi nie wiadomo. W każdym razie wrzesień 39 młodzi jakoś przetrwali - obyło się bez ran i chyba nawet bez jakichś większych psychicznych wstrząsów; ten okres nie był specjalnie często przez moją Matkę wspominany. W każdym razie oboje z Ludwikiem szybko znaleźli się w Olesznie k. Włoszczowy (tak właśnie: Włoszczowy, a nie Włoszczowej - jak niektórzy specjaliści by to sobie pewnie wyobrażali). Zamieszkali na II piętrze w budynku szkoły, w jednym z mieszkań nauczycielskich. Kierownikiem tej szkoły od 1940 roku był Leon Kusiński - mąż Zofii Patrynównej, jedynej z sióstr mojej Mamy, z którą łączyło Ją jakieś głębsze powinowactwo duchowe. Szkoła, o dziwo, działała przez cały czas okupacji i to solidnie; liczba uczniów wahała się w latach 1939-45 od nieco ponad 300 do blisko 400. Czytamy na stronach www obecnej SP im. Armii Krajowej w Olesznie:  "placówka zostaje podporządkowana okręgowi szkolnemu w Radomiu. Mimo wprowadzenia nowego niemieckiego programu nauczania, sytuacja szkół w tym dystrykcie jest jednak lepsza niż na terenach włączonych do Rzeszy:  tam uczono tylko języka niemieckiego i matematyki, tu utrzymywano język polski." Wiktoria podejmuje pracę na tajnych kompletach - będzie z tego powodu miała pewne nieprzyjemności rodzinne po wojnie: nie zgodziła się podpisać oświadczenia, wedle którego dość bliska kuzynka w jej obecności rzekomo miała zdawać przed konspiracyjną komisją egzaminacyjną tzw. dużą maturę. Faktycznie, zdała ta osoba tylko tzw. małą maturę. Moja biedna matka - niestety, kompletnie mało pasująca do tak zupełnie dla Niej nowej rzeczywistości, wierna studenckim ideałom nie była w stanie przełknąć aż tak dla jej przedwojennego nauczycielskiego morale gorzkiego kąska i takiego oświadczenia nie złożyła. Zastanawiam się czasem - jakie stanowisko w takiej sprawie zająłby Jej Ojciec - Jan? Wszak doradzał kupcom, różnym kupcom; a kupcy - też ludzie! Musimy to pytanie ze zrozumiałych przyczyn pozostawić bez odpowiedzi...



W centrum - Leon Kusiński; po jego lewej, serdecznej stronie - siostra mojej Mamy, Zofia (warkocz - uczesanie "w koronę"). Zdjęcie z lat 40-tych.

Czas okupacji Wiktoria z mężem spędzili w większości w Olesznie. Z niewielu wspomnień Mamy z tego okresu pamiętam Jej opowieści o pewnym Niemcu z Drezna czy Lipska, należącym pod koniec wojny do grupy żołnierzy Wehrmachtu zakwaterowanych na I piętrze Szkoły oleszyńskiej – „Herr Kleber” [nazwisko autentyczne] był człowiekiem wykształconym i bynajmniej nie był on przepełniony ani optymizmem ani wiarą w sens "dziejowej misji III Rzeszy" na terenach położonych na Wschód od Odry. Na rytualne pytanie, "Wie geht's?" regularnie odpowiadał, że idzie źle, a na pytanie "kiedy będzie lepiej" - równie regularnie stwierdzał, że "in Massengrab...". Zginął tuż po ewakuacji z Oleszna; kilka kilometrów za wsią całą grupę uciekających furmankami Niemców rozbili partyzanci. Pikanterii wspomnieniom okupacyjnym dodaje informacja o trójwarstwowym zamieszkiwaniu w szkolnym budynku: o ile na najwyższym II piętrze mieszkali, trochę jakby w roli zakładników, nauczyciele - o tyle w kilku salach I piętra kwaterowali Niemcy, zaś na parterze - "własowcy". Sama Szkoła musiała się więc zadowalać pomieszczeniami do nauki o doprawdy minimalnej powierzchni. Ludwik, mąż Wiktorii, a mój i Sylwii przyszły Tata, pracował jako robotnik leśny. Nie mam na ten temat żadnych danych, ale podejrzewam na podstawie już powojennych wypadków, że Tata raczej na pewno był wplątany w jakąś działalność polityczną w ruchu chłopskim. Gdyby tak nie było, pewne fakty w Jego późniejszej historii nie mogłyby mieć miejsca...

Tak zwaną wolność przynieśli Rosjanie. Wiąże się z tym króciutka opowieść o rozmowie Wiktorii - bo ja wiem, z kim? Musiał to być też jakiś inteligent i w dodatku nie za bardzo aktywny politycznie. Mowa o bliżej  nie znanym z nazwiska (jeszcze by czego) żołnierzu-wyzwolicielu, który przestrzegał Mamę przed  "idącymi po nich" właściwymi organizatorami nowego porządku: radził, żeby milczeć i "słuchać jak trawa rośnie", bo inaczej... No, właśnie - tego podobno nie mówił, ale rację miał. Żałuję tylko, że Rodzice nam obojgu z siostrą właściwie nigdy o tzw. politycznych tematach nie wspominali; chyba znali swoje dzieci aż nazbyt dobrze, a zwłaszcza syna... - i nie chcieli ryzykować. Pewnie mieli rację, kto to wie? Dzięki temu jednak musieliśmy do swojego światopoglądu dorastać każde na swoją rękę; za to nie mieliśmy też szans nabycia żadnych uprzedzeń i widzimy rzeczy polskiej historii najnowszej, a w każdym razie nam współczesnej bez żadnych apriorycznie poustawianych na "określone opcje" filtrów. 



Ludwik z pierworodnym na rękach; 1946.

Tuż po zakończeniu wojny rodzice przenieśli się do Włoszczowy, powiatowego miasteczka położonego na linii kolejowej Kielce - Częstochowa tuż przed Koniecpolem. Ojciec szybciutko został powołany do pracy jako sędzia sądu okręgowego w Kielcach - Mama zaś zajęta była przygotowaniami do przyjęcia na świat swego upragnionego pierworodnego, który dziś nie bez serdecznego sentymentu właśnie pisze te słowa. Epizod włoszczowski był w życiu moich rodziców bardzo krótki i rodzice tuż po moim  urodzeniu przenieśli się do Kielc. Ojca pochłonęły sprawy zawodowe i - także - publiczne. Gdyby nie zajmował się nimi podczas wojny, z pewnością jako nikomu w mieście nieznany prawnik nie zostałby tak szybko wybrany na funkcję przewodniczącego prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej z ramienia PSL. Wkrótce zresztą potem został na fali represji związanych z "budowaniem nowego porządku społecznego" wyrzucony z PSL za "klerykalizm" - było to o tyle śmieszne, że Ojciec mój przy całej swojej głębokiej religijności był człowiekiem na tyle głęboko antyklerykalnym, że - zgodnie z własną wolą - nawet pochowany został, jak się to mówi, "bez księdza". Wtedy, po pozbawieniu Go członkostwa w partii ludowej, automatycznie pozbawiono go też funkcji w WRN; choć do końca życia pozostał wierny swym młodzieńczym ideałom związanym z miłością do wsi i dawnego ruchu ludowego, to jednak z polityki wycofal się definitywnie mimo wielu przynęt, wśród których była i oferta objęcia teki ministra rolnictwa w po-październikowej Polsce  przy jednoczesnym zapewnieniu jakiegoś wysokiego stanowiska w resorcie Oświaty dla Wiktorii. Jej to zdecydowany sprzeciw, a i pewnie brak większego osobistego ze strony ojca zainteresowania tymi propozycjami spowodował, że oboje rodzice zagnieździli się na dobre w Kielcach. Były to - jak się zdaje - dość nerwowe czasy w  naszym domu: pamiętam jak przez mgłę wizyty "różnych ważnych osób": grającego na skrzypcach z moim Ojcem b. Wojewodę Eugeniusza Wiślicza-Iwańczyka, czytającego swe wiersze Józefa Ozgę-Michalskiego (obok polityki czynnie, udatnie i pożytecznie zajmował się on i poezją, przetłumaczył m.in. po raz pierwszy na język polski "Kalevalę"), bywali posłowie-ludowcy oraz sławni partyzanci - jak "Barabasz" Marian Sołtysiak, b. dowódca oddziału "Wybranieckich", od 1943 r delegat Kedywu na Kielecczyźnie, czy bliski kuzyn Ojca "Maks" - późniejszy gen. Józef Sobiesiak. Wszystko na nic. Rodzice zostali w Kielcach,  gdzie Ojciec do końca swych dni  pracował jako notariusz, a przez 25 lat był kierownikiem Biura Notarialnego; współzałożył Towarzystwo Przyjaciół Sztuk Pięknych oraz aktywnie włączył się w organizację Świętokrzyskiego Towarzystwa Muzycznego, którego po latach piszący te słowa był przez długi czas prezesem; losy Wiktorii spróbuję za chwilę zarysować bardziej szczegółowo.



W komplecie; kieleckie - jeszcze dobre lata; 1957.

I tu zaczyna się niejaki problem: z jednej bowiem strony życie mojej Mamy z wielu przyczyn, o których i nie wolno i wcale też nie chcę pisać, nie było takie, jakie być mogło, a może i powinno. Powiedzmy szczerze - nie było szczęśliwe, choć przecież "obiektywnie patrząc" nie było wcale nieudane: wydała na świat i wychowała dwoje dzieci, przeszła pełną zawodowych sukcesów drogę pełnej poświęcenia nauczycielki - od liceum w Krasnymstawie do, króciutko w 1945 roku, liceum im. Żeromskiego w Kielcach; potem pracowała w Technikum Statystycznym przemianowanym po kilku latach na Technikum Ekonomiczne (obecnie - Zespół Szkół Ekonomicznych im. M. Kopernika) w Kielcach. Jak wszyscy polscy nauczyciele, po 1945 roku Mama musiała obowiązkowo zdobywać wiedzę o historii WKPb - jeszcze niedawno egzystował gdzieś w naszych piwnicznych czy strychowych czeluściach szary stukartkowy zeszyt po brzegi wypełniony informacjami, do których może by i warto zajrzeć - ale to chyba zadanie dopiero dla wnuków moich jeszcze nienarodzonych wnuków. Moje pokolenie chyba jeszcze nie dojrzało do interesowania się tym tematem. Opowiadała nie raz o wizytacjach aktywu ZMP na prowadzonych przez Nią lekcjach języka niemieckiego - dziś myślę o tym niemal z rozrzewnieniem: czego te aktywisty TAM szukały? Klasowego wroga...? No - to i nie znalazły, bo Wiktoria nie tylko była zbyt inteligentnym człowiekiem, by się tej klasy specjalistom od "duszy drgnienia" zwierzać z własnych poglądów politycznych, a ponadto - i podejrzewam, że po Niej to odziedziczyłem tę cechę - mogła po prostu być zbyt naiwna, by sądzić, że jest to zwyczajna inwigilacja policyjnego typu i zwyczajnie chciała poprowadzić lekcję od strony metodycznej "najlepiej jak potrafi", a prowadzenie lekcji języka niemieckiego zapewne w przedwojennej metodyce (innej nie znała) nie przewidywało innych punktów koncentracji uwagi, jak tylko problemy czysto językowe... - i tu się zadumałem! Przecież właśnie to mogło być najbardziej podejrzane...? Opuszczam ten grząski teren; czy na zawsze?




Nasi Rodzice bardzo lubili to zdjęcie Sylwii...; 1957. Fot. M. Kruszczak

A więc, życie zawodowe: po 1945 uczyła głównie, jeśli nie wyłącznie, języka niemieckiego. Były różne dyplomy i medale oraz krzyże zasługi - nie przywiązywała do nich najmniejszej wagi. We współpracy z p. Elżbietą Jerschinową, której mąż - Stanisław - był w swoim czasie dość znanym i uznanym polonistą, Wiktoria redagowała podręcznik języka niemieckiego dla szkól zawodowych; ostatecznie choroba przerwała i ten pozytywny wątek jej życia zasiedlając je w sposób nie pozostawiający miejsca niczemu innemu.  

Brak, niezupełny przecież brak szczęścia w życiu Wiktorii, chyba - jak to zazwyczaj między ludźmi bywa - głównie polegał na nieumiejętności znalezienia wspólnego języka z mężem, ojcem Jej dzieci, przy równoczesnym braku woli i siły by odejść od niego, który nie umiał iść przez życie tak, jak dyktują zwyczajowe prawa, powszechnie uznane za słuszne i równie powszechnie omijane przez większość ludzkiej populacji od Alaski po Kamczatkę. Problem w tym, że Wiktoria dochowywała wierności Ludwikowi i strzegła, jak umiała najlepiej, domowego ogniska, gdy on z całej siły parł ku całkiem po swojemu pojmowanej (nikt niczego nie pojmuje inaczej - jak  po swojemu  albo wcale) wolności. Byłbym głęboko niesprawiedliwy twierdząc, że Ojciec nie dbał o dom - jednakże musiał dbać przynajmniej o dwa domy równocześnie, co przy nie najlepszym zdrowiu musiało owocować dość przykrymi skutkami w zakresie - a jakże by inaczej - serca. Pierwszy zawał dopadl go już w 1948 w Krynicy Górskiej, następny w 1957, a potem po 1967 już wszystko zaczęło się na tyle groźnie "sypać", że nie doczekawszy nawet pierwszej wypłaty emerytury - odszedł od nas na zawsze w początku sierpnia 1971.


Pierworodny Wiktorii ożenił się z Lidią z Wojciechowskich późną jesienią 1976; zdjęcie z czerwca 2008 roku.

Ojciec mój - podobnie jak Mama - również nie był chyba specjalnie szczęśliwym "rodzinnie" człowiekiem; nieznośność swego bytu "zagrywał" brydżem i niezliczonymi amorami, jak wielu, jak bardzo wielu. Związek z Wiktorią jednak trwał i nigdy nie zapomnę wzruszenia na twarzy mego Taty, gdy zobaczył - podkreślił ten fakt zresztą bardzo wyraźnie - jak bardzo jest mu miłe, że Wiktoria jadąc z pierwszą do niego wizytą zaraz po jednym z ostatnich zawałów, tym - po którym wyszedł ze szpitala, niestety, już prosto na cmentarz - włożyła na palec ślubną obrączkę nie noszoną od kilku dobrych lat na znak protestu przeciw jego postępowaniu, jednakże teraz - jako znak duchowej łączności z coraz poważniej chorym mężem.

Po śmierci Ludwika Wiktoria już się nie otrząsnęła; naraz spadło na Nią zbyt wiele, głównie złego. Szczegóły eskapad mego ojca, na szczęście drobne problemy ze spadkiem, za to potem wielkie życiowe związane z utrzymywaniem podupadającego bez remontów domu w Kielcach. Byłem wtedy początkującym nauczycielem - pracowałem w ogromnym, dziś niespotykanym wymiarze ponad 50 godzin tygodniowo mając etat i tzw. nadgodziny w Szkole Muzycznej oraz pół etatu i znów - nadgodziny w WSP plus jakieś koncerty kameralne, audycje szkolne i występy solowe. Mama chorowała - Jej siły słabły z roku na rok. Dziś wiem, że było to coś w rodzaju - zewnętrznie -  anoreksji, ale duchowo bynajmniej nie była to anoreksja: Wiktoria chciała odejść. Wbrew Jej woli zabraliśmy ją do szpitala - bez jakiejkolwiek protekcji czy łapówek (jakże miło to jeszcze raz powiedzieć) została na tyle podreperowana przez lekarzy na II oddziale neurologii Szpitala Wojewódzkiegoi w Kielcach prowadzonym przez Dr. Grabowskiego, by móc przeżyć jeszcze dwa lata. Wielką rolę w rehabilitacji Mamy odegrała wtedy moja siostra Sylwia, która dosłownie na nowo "wpisała" w Mamy świadomość wiedzę i pamięć o wydarzeniach i osobach, choćby - w rodzinie. Te ostatnie dwa spokojne i relatywnie szczęśliwe lata życia - mówiła, "teraz się już nie boję; mam swoje miejsce" - Wiktoria zawdzięczała mojej Żonie - Lidii, której postawa pełna poświęcenia, rozsądku i zarazem ciepła dawała Jej poczucie bezpieczeństwa, o jakim ze względu na postępująca chorobę wcześniej nie mogła nawet marzyć. Sylwia jeszcze studiowała prawo; nie mogę nie wspomnieć i o tym, że Mama mimo wszystkich zdrowotnych i innych przejść jeszcze niemal na rok przed śmiercią udzielała Sylwii korepetycji z łaciny - przez telefon. Ta wiedza nie zawiodła jej nigdy.

Pewien nasz z Lidią bardzo dobry kolega, historyk kultury i języka francuskiego - profesor tej specjalności w jednej z paryskich uczelni [obecnie, niestety już nieżyjący dr Antoni Gryzik – przyp. S.K.], głosił tezę, wedle której zakłamanie w sferze seksu zniszczyło lub conajmniej bardzo zdewastowalo życie pokolenia m.in. reprezentowanego przez Wiktorię i Ludwika. Coraz mniej wierzę w słuszność tej tezy; nie chodzi o to, że tylko szczery ascetyzm lub otwarty libertynizm mogą człowieka uczynić szczęśliwym, ani o to, że do szczęścia trzeba umieć "dorosnąć". Natomiast coraz bardziej mi się wydaje, że "bycie szczęśliwym" to taka cecha, którą nie tyle się dziedziczy - ile dostaje w darze w ramach otrzymywanego przecież kompletnie poza wolą naszych rodziców tzw. materiału genetycznego zupełnie w taki sam sposób, w jaki polny mak dostaje cechę bycia kwiatem czerwonym, a chaber - niebieskim.


      


Uświadomienie sobie tego faktu przed laty podziałało na mnie bardzo wyzwalająco i sądzę, że to najważniejsza propozycja nie tylko intelektualna, jaką może warto przedstawić przy okazji wspominania o moich i Sylwii-siostry Kochanych Rodzicach; życie Wiktorii było w tak ogromnym procencie współkształtowane przez Jej związek z Ludwikiem, że byłoby niewybaczalnym błędem patrzeć na nie w oderwaniu od tego potężnego czynnika; nie naszą jest rzeczą oceniać pojawiające się tu wartości. Ogromna szkoda, że Oni - nasi Rodzice - nie brali pod uwagę tak prostego przecież faktu: człowiek sam nie wybiera modelu swego życia, to życie przez nas realizuje plany Siły Wyższej; mówiąc innymi slowami - w nas i przez nas przetacza się odwieczna fala życia, które doświadczamy i które się w nas i przez nas dokonuje. Jednak choćby cień złudzenia, że jest może bodaj choć trochę inaczej, niekiedy może się okazać bardzo pożytecznym elementem wspomagającym nasze siły przez ujęcie znaczenia i wagi odczuwanym na własnej skórze skutkom postępowania, które większość ludzi uważa za zasługi wyłącznie osobiście własne, a cudze, za wyłącznie osobiście sterowane i dlatego domagające się potępienia - winy. Balansując między tymi dwoma biegunami, uwolnienia od odpowiedzialności oraz jej silnego poczucia, człowiek ma jakieś szanse by wieść życie zarówno pełne pokory, jak radosne i silne zarazem. Bardzo się cieszę mogąc w ten sposób zakończyć pisanie tego wspomnienia o mojej SP Mamie, Wiktorii. To Ona często kierowała moją uwagę na postać Goethego, który wedle własnych słów po matce odziedziczył "Frohnatur und Lust zu fabulieren...". Pogodną naturę Wiktorii życie nadłamało stosunkowo wcześnie, ale "Lust zu fabulieren" pozostała w niej nieomal do końca - podobnie jak nieograniczona odwaga cywilna, świetna pamięć i jasność oczu zawsze prosto patrzących w inne oczy...


    

Kasia (1976) - córka Sylwii i Włodka Klimczaka (zm. 1997);



 nasi Synowie - Franciszek Filip (1984) oraz Jan Karol (1983).

Moja Mama zmarła dnia 17 lutego 1982 roku w Kielcach w wyniku powikłań pogrypowych.  Zdążyła zobaczyć tylko pierwszą wnuczkę - Kasię Klimczak, córkę Sylwii i niestety od dawna nieżyjącego Włodka; Katarzyna jest doktorem nauk rolniczych i z wielkim powodzeniem pracuje w Poznaniu. Gwoli zupełności informacji: moja siostra Sylwia studiowała prawo na Uniwersytecie Warszawskim - aktualnie jest całkiem nieźle dającym sobie radę w życiu przedsiębiorcą; mieszka i pracuje w Stolicy, jest nadal wdową. Piszący te słowa jej brat po studiach pianistycznych w Katowicach i przepracowaniu 19 lat w kraju, w 1988 roku z całą rodziną wyjechal do Finlandii, gdzie mieszkał i pracował w Ylä-Satakunnan College of Music  prze 23 lata. Od roku 2011 znowu w Polscem, etat w ZPSM w Kielcach, „godziny” na Uniwersytecie Jana Kochanowskiego plus wielka mnogość zajęć pobocznych i dodatkowych. Moja Żona - Lidka - choć pełnoprawny inżynier po Politechnice Warszawskiej, w pewien sposób kontynuuje dzieło swego nigdy niewidzianego Teścia: prowadziła w Finlandii całe rzesze chórów. Teraz – kończy dzienne studia na UJK w specjalności „muzyka kościelna”… W sumie, oboje jesteśmy nauczycielami - zupełnie jak Wiktoria i Zofia, czy Leon. Nasi synowie urodzili się już po śmierci Wiktorii: Jan (w białej koszulce, 1983), aktualnie, po studiach aktorskich w Sztokholmie i Nowym Jorku – najogólniej mowiąc – pracuje w przemyśle filmowym;  młodszy o rok i trzy miesiące Franek (1984) po ukończeniu studiów ekonomicznych (Örebrö, Szwecja) kontynuował studia teologiczne w Uppsali, aktualnie – rozpoczął stacjonarne studia doktoranckie z ekonomii na Politechnice Gdańskiej; mieszka w szeregowcu oddalonym od Politechniki kilkaset metrów; w Gdańsku-Wrzeszczu.  Jego Żoną jest zupelnie cudowna Małgosia, a Prawnukami Wiktorii – Julian Albert (ur w czerwcu 2015) oraz urodzony 26.10. 2016  Fryderyk Benon (zob: Benno von Meißen…). Życie trwa. I tyle na teraz…


Stefan Kutrzeba
Parkano, 6 stycznia 2010.
Ostatnia aktualizacja: 27.2.2018

Wola Kopcowa k. Kielc

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz